Wielki Cross-Jan Paweł Gawlik

Motocross jest wyścigiem po diabelnie trudnym, zamkniętym torze „o zmiennej konfiguracji i różnej nawierzchni. Motocross stawia najwyższe wymagania jeźdźcowi i maszynie. Oto relacja z zawodów motocrossowych w Zabrzu. Była to piąta eliminacja do motocrossowych mistrzostw Polski i 12 eliminacja zawodów o Puchar Europy FIM w klasie motocykli 250 ccm.

MOTOCYKL nie jest niczym innym jak współczesnym odpowiednikiem zacnego, powszechnie przez Polonusów umiłowanego konia. Stąd jego popularność u nas. Terenowy bieg motocykli przypomina najeżone Przeszkodami wyścigi konne. Są też skoki przez przeszkody, są stające dęba, maszyny, które zrzucają niekiedy nazbyt nieostrożnych jeźdźców, jest przymusowa jazda na tylnym kole z wysoki, niesionym przodem znarowionej maszyny. O popularności motoru w ogóle a crossu w szczególności świadczą liczby. Wokół zabrskiego toru zebrało się ponad trzydzieści tysięcy widzów. Rozgrywane równocześnie finały indywidualnych mistrzostw żużlowych Polski w Rybniku miały 25 000 kibiców.

TROCHĘ HISTORII

Historia Crossów sięga dwudziestolecia. Ojczyzną ich była Anglia. Tutaj zaraz po I wojnie Światowej połączono roztropnie jazdę terenową z elementem wyścigowym, tworząc tzw. Cross Country.

Z Albionu idea wyścigów terenowych przedostała się na kontynent. Głównie do Niemiec. W Polsce znalazła gorącego entuzjastę i propagandora w osobie Kazimierza Jarczewskiego twórcy Rajdów Tatrzańskich. Po wojnie motocrossy weszły u nas w skład rajdów terenowych, jako „próby szybkości terenowej”, a od 1955 roku są odrębną konkurencją sportową z własnym statutem i własną organizacją mistrzostw.

TRASA

Trasa motocrossu w Zabrzu liczy w obwodzie 1500 m. Przebiega przez wertepy niekiedy trudne do przejścia nawet piechotą. Zaraz za startem, po kilkunastu metrach równej murawy, rozpoczyna się

Stromy i wąski piaszczysty podjazd. Kilkanaście maszyn rozpoczynających bieg, zbija się tu w wyjącą na wysokich obrotach masę stali. Migocą swobodnie balansujące motocykle, których jeźdźcy usiłują równocześnie utrzymać równowagę, uniknąć zderzenia i wysunąć się naprzód. Start i pierwsze okrążenia są najważniejsze. Widywałem na tym wzniesieniu poprzewracane motocykle i jeźdźców. Grzebali się na stoku, wśród kół pędzących na pełnym gazie rywali, usiłujących wyminąć niespodziewaną przeszkodę, co im się zawsze, dziwnym trafem, cudownie udawało. Potem kilkusetmetrowy odcinek wzniesień. Uskoków, ostrych zakrętów, łagodnych łuków i strumień. Zawodnicy przejeżdżają go, bądź przeskakują bardzo zdradliwe błoto i trawiasto-piaszczysty podjazd w górę. Dalej kilkaset metrów kopnego piachu wśród ostrych zakrętów, karkołomny zjazd w dół, kawał murawy, stromy podjazd, skręt w lewo, pionowa niemal ściana ziemi, po której trzeba zjechać lub zsunąć się w dół, kawałeczek wytchnienia, głęboka fałda terenu wyrzucająca zawodników na kilka metrów w górę do efektownego, iście hippicznego skoku, znowu kilkanaście metrów kopnego piachu, potem spory odcinek twardej, ale bardzo pofałdowanej nawierzchni, stromy podjazd i znana nam już polanka

BIEG MISTRZA

Startowa, od której wszystko zaczyna się da capo. Trzeba przejechać 22,5 km (15 okrążeń) tej trasy w eliminacjach krajowych i 45 km (30 okrążeń) w biegu o Puchar Europy.

Trzydzieści tysięcy ludzi czekało na bieg w klasie 250 cm, bieg ostatni, mistrzowski. I trzydzieści tysięcy ludzi nic zawiodło się w swoim oczekiwaniu. Na starcie zjawiło się kilkunastu zawodników, a wśród nich faworyt poprzednich eliminacji. Niezagrożony kandydat na mistrza Europy, reprezentant CSSR Jaromir Ciżek. Narzucono od razu najwyższe tempo. Na czoło wysunął się Ciżek na Jawie 250 ścigany przez dwu Szwedów — Dahlena na Maico i Rickardssona na szwedzkim motocyklu Husqvarna. Za nimi w stale zmieniających się konfiguracjach jechali dwaj Austriacy, Czech Ron i Polak Żurawiecki. Ciżek okazał się wirtuozem. Jechał bez żadnego — na Pozór —wysiłku, pięknym, swobodnym stylem, świadczącym o mistrzowskim opanowaniu maszyny. Tam gdzie inni z trudem pokonywali pułapki trasy — on przechodził lekko jak by miał skrzydła. Widownia znała go już z biegu w kategorii 500 cm. Startował na Jawie 500 cm, ale wycofał się rychli, skutkiem defektu maszyny. Jechał mądrze, bez niepotrzebnej brawury, która zgubiła Heubacha w klasie 350 cm. Osiągnąwszy pełną przewagę — zmniejszył tempo. Dublował innych, słabszych zawodników, ale wyglądał tak jak by to jego dublowano. Wynik eliminacji zdawał się być przesadzony. Tymczasem poza leaderem trwała zacięta walka. Żurawiecki przy ogromnym dopingu publiczności ruszył do natarcia. Prezentując świetną formę, przebił się przez blokadę Szwedów i Czechów. Wyszedł na drugą pozycję. Skwitował ją głośny entuzjazm widowni. Teraz Ron atakował dwuosobowy tandem Szwedów. Była to dramatyczna walka, toczona ze zmiennym szczęściem do ostatnich nieomal okrążeń. Zawodnicy rozciągnęli się tym czasem w długą linię, dublując się wzajemnie i wyprzedzając. Na przedzie tańczył nieomal na motocyklu niezwyciężony Ciżek, za nim w odległości kilkuset metrów jechał Żurawiecki, potem Dahlen, Ron i Rockardsson.

DEFEKT I POGOŃ

 Jedna czwarta trasy pozostała jeszcze do pokonania, gdy Jawa Ciżka odmówiła posłuszeństwa. Wspaniały zawodnik, dzwoniąc popsutym motocyklem, zjechał do parku maszyn. Rozległ się ryk radości. To była najtrudniejsza chwila biegu. Rewelacyjny jeździec schodził z trasy zwyciężony złośliwością maszyny. Wirtuozeria ustępowali przed przypadkiem — a widownia wyła z radości. Ponieważ klęska Ciżka dawała szansę Żurawieckiemu. Zawodnicy, działacze, kociaki, stłoczeni koło startu obejmowali się i całowali w przypływie nagłego entuzjazmu. A mnie było wstyd tego wiwatującego tłumu, tego powszechnego podniecenia i nagłej, przez łzy przypadek wyzwolonej radości, ponieważ kryteria sportowe przenosiłem zawsze nad narodowe sympatie. Było coś szczególnie przykrego w kontraście między powszechną radością tłumu, a widocznym załamaniem czeskiej ekipy, — ale trwało to sekundy. Już, bowiem troskliwe ręce pochwyciły schorzałą Jawę. Tymczasem Żurawiecki, wraz z czołówką, zrobił pełne okrążenie. Był już w drugiej połowie następnego kręgu, gdy Ciżek wrócił na trasę. Miał przed sobą wszystkich uczestników biegu, nieomal trzy tysiące metrów do wyrównania i cześć okrążeń do końca zawodów. Mimo to rzucił się do zaciętej pogoni. Skakał po szczytach pagórków, chwilami wydawało się, że nie dotyka ziemi. Tempo wyścigu momentalnie wzrosło, jednakże Ciżek nieprzerwanie parł do przodu, pozostawiając za sobą większość zawodników. W pewnym momencie — tam gdzie Heubach złamał obojczyk —maszyna Ciżka wpadła w podobny poślizg i jeździec wraz z motorem wyłożyli się na ziemi. Zanim jeszcze ciało przestało koziołkować —zawodnik poderwał się, postawił maszynę i pobiegł do dalszej walki. Do końca pozostały dwa okrążenia, a przed Ciżkiem znajdowali się jeszcze — Czech Ron, dwaj Szwedzi i Żurawiecki. Ron jednak nie blokował towarzysza, przeciwnie — zwolnił tempo i oddał Ciżkowi miejsce bez walki. Rozległy się wówczas nikle brawa, stanowczo zbyt słabe jak na sens tego pięknego gestu. Teraz odległość miedzy Ciżkiem, a trzecim z kolei zawodnikiem zaczęła gwałtownie maleć, ale również szybko zbliżała się meta, którą wkrótce potem minął znakomita i rajdowiec Roman Żurawiecki. W kilkanaście sekund za nim skończył bieg Szwed Dahlen, potem Rickardsson, wyprzedzający o metry Jaromira Ciżka. Ciżek nie przekroczył jednak białej linii. Zatrzymał maszynę o metr przed końcem biegu. Czekał. Kilka minut przedtem Franciszek Roli odstąpił mu na trasie miejsce pięknym gestem, ułatwiając walkę o zwycięstwo — teraz on zwraca mu to miejsce tuż u mety. Nie wygrał i tak tego biegu, a dla Rona kolejność przyjścia nie była obojętna. Czekał, więc na oczach zdumionego tłumu, który dopiero wówczas zaczął domyślać się, o co w ogóle chodzi. Mógł zresztą czekać. Był już mistrzem. Poprzednie zwycięstwa dały mu mistrzostwo, które w Zabrzu weryfikował jedynie z cała oczywistością. Okazał się nie tylko prawdziwym mistrzem. Okazał się również wzorowym sportowcem.

PRO DOMO SUA

Ilość motocykli osiągną w Polsce liczbę 150.000. Motoryki — inna rzecz, dla jakich przyczyn — stal się naszym narodowym pojazdem i upłynie zapewne niejeden rok zanim zostanie zdystansowany przez samochody. Blisko półmilionowa rzesza motocyklistów tworzy się powoli, w ciągu miesięcy i lat. Własna obyczajowość jeździecką. Ona jest podstawowym elementem bezpieczeństwa, względnie braku bezpieczeństwa n. drogach. Nie tak nie propaguje dobrej jazdy jak Czysto uprawiany sport motorowy. Zarówno w sensie umiejętności posługiwania się motocyklem, dyscypliny jazdy lak i jej moralnych imponderabiliów. Sport motorowy (I pokrewna mu turystyka motorowa) to ruch zorganizowany w kluby i zrzeszenia. Wypracowuje a n własną obyczajowość, własny styl I własny, sportowy kodeks postępowania. Kodeks ten oparty na sportowej solidarności, przeciwstawia się z natury rzeczy. Dlatego w trosce o bezpieczeństwo na szosach obok Żelaznej, ale rozsądnej i życzliwej czujności organów MO, obok bezwzględnej walki z piractwem i a anarchią, należy dbać również o rozwój sportu motorowego. Warto myśleć o jego upowszechnieniu, o Ściślejszym powiązaniu czołówki z zapleczem o umasowieniu popularnych rajdów eremów, dostępnych również dla maszyn turystycznych. Wówczas na pewno wzrośnie kultura jazdy, a ulice i szosy przestana być areną, dzikich”. Nie raz tragicznie zakończonych wyścigów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wpisz kod *