Tropem kozic- Jan Okulicz 1979

Cztery tygodnie, cztery imprezy, cztery kraje -RFN, Hiszpania, Francja, Wiochy.

Jak wędrowna trupa cyrkowców, rozstawiająca swój namiot w różnych miejscach na sobotnio-niedzielne przedstawienie. Nie można bowiem porównać ich startów do mistrzostw świata alpejczyków, pucharu księcia Filipa, prezydenta koniarzy, ani też do regat mistrzowskich.

Trasy są ciągle nowe, niezmiennie gęsto otoczone publicznością.

Ci podróżnicy to motocykliści, a rezultatem ich wyprawy jest tytuł motocyklowego mistrza Europy w rajdach dla Stanisława Olszewskiego w najmniejszej i chyba najtrudniejszej klasie 75 cm.

Spotkali się jak zwykle na granicy. Tym razem z pięciu samochodów tylko jeden . ciągnął przyczepę. Podskakiwały na niej „Husqvarny i kilka karnistów z olejem. Maszyny miały być na miejscu. Doskonale, chociaż maleńkie, motocykle marki Simson, prosto z fabryki w Suhl. Cztery motocykle dla Czterech mistrzów. Tak marzyłby, gdyby nie chodził twardo i realnie po ziemi, .przewodniczący Komisji Motocyklowej PZM inżynier Andrzej Jabkowski. Wiadomo, że w ,,siedemdziesiątkach piątkach” i ,,setkach” mistrzem może być tylko jeden zawodnik i to niekoniecznie Polak, ale na przykład Włoch na SWM, czy Niemiec na Zundappie W dodatku mistrzostwa nie były celem głównym. Miał to być ostry sprawdzian, przygotowanie do Sześciodniówki i pierwszych oficjalnych mistrzostw świata.

Na starcie pierwszej eliminacji w Eschwege wyrosła przed Polakami nowa przeszkoda. Nazywała się Giuseppe Signorelli, doskonały Włoch, który zawsze ścigał się w klasie 125 cm, jednak tym razem uznał, że trzeba zmniejszyć litraż o całe 50 centymetrów i wystartować na szalonym motorowerze, który ma sześć biegów i po szosie jedzie czasem powyżej stu dwudziestu kilometrów na godzinę. Zamiast więc spodziewanego przez Polaków Włocha Osvaldo Scaburiego, pojawił się znacznie trudniejszy przeciwnik. Brak Scaburriego, a raczej powód jego nieobecności, została szybko wyjaśniony Osvaldo motocyklista zawodowy, upadł na rajdzie obserwowanym, i to tak nieszczęśliwie, że złamał obojczyk.

Pierwszego dnia w Eschwege Stanisław Olszewski przegrał i to zdarzenie przestraszyło nieco polskich menażerów Wkradło się zwątpienie: czy motocykle na pewno są dobrze przygotowane? Simson Olszewskiego nie zapalił w regulaminowym czasie na starcie. Zawodnik kopal rozrusznik przez przepisową minutą, aż sędzia zapisał dziesięć punktów karnych i pozwolił na pchanie. Nie wiadomo do dzisiaj czy zalał świecę, czy po prostu nie znał tego właśnie egzemplarza Simsona? Przecież w Szwecji, po chłodnych i deszczowych nocach, motocykle paliły od jednego kopnięcia…

Teren był łatwy, porównać by go można do zboczy Beskidu. Trochę gliny, kawałkami podmokłe łąki i laski. Drugiego dnia Olszewski wygrał, a Zbigniew Kłujszo dwukrotnie zajął trzecie miejsce. Odcinki szosowe w RFN nie są tak niebezpieczne jak w Hiszpanii czy Włoszech. Kierowcy samochodów jeżdżą dokładnie, niezbyt szybko, uprzejmie. Ale już w połowie następnego tygodnia było inaczej. Spotkali się z zespołem Simsona w Katalonii. Niedaleko od miasta Tarragona, w miejscowości Espluga de Francoli, położonej w górach, niezbyt odległych od morza. Tu było już trudniej. Kto wie czy nie tak trudno jak w – do niedawna – „mekce” motocyklistów, Bergamo.

Tym razem motocykle, ponownie nie znane, objeżdżono staranniej. Trasa wiodła tarasami górskimi, dróżkami, usianymi głazami. Droga, którą wspinały się samochody serwisowe, przypominała bardziej trakt dla mułów, więc kilkanaście kilometrów jechało się ponad godzinę na pierwszym czy drugim biegu. Na tej drodze zresztą’ zdarzyło się kilka przykrych dla motocyklistów wypadków.

Rajd rozpoczął się w słońcu. Koło południa jednak pokazały się chmury i motocykliści wspinali się ponad ich pułap. W gęstej białej mgle spad! z urwiska zawodnik RFN, Peter Hajek. Jechał na ciężkiej maszynie 750 cm i na ułamek sekundy stracił orientację. Motor pochylił się, odpadł od urwiska a człowiek zatoczył w powietrzu łuk i gruchnął o ziemię. Zdjęcie jego połamanego obojczyka postanowiono pokazywać studentom jako klasyczny przykład skomplikowanego złamania.

Kierowcę Seata, który jechał lewą stroną z góry, przeklinać będzie Włoch Gritti i kierowca z NRD, Mauersberger. Na szutrówce droga hamowania jest krótka, szansa zatrzymania się przed nieprzewidzianą przeszkodą mała. Odwieziono ich obu do szpitala. Twarze przez całe życie zachowają piętno motocykla.

Małe Simsony wspinały się dziarsko na skalne półki i tarasy, natomiast kierowcy ciężkich motocykli wykruszali się kolejno co do jednego. Szczególnie biadali jeźdźcy ciężkich BMW GS. W wąskich przejazdach pomiędzy kamieniami nie mieściły się cylindry.

W drugim dniu nie byto już amatorów motocyklowej wspinaczki. Sędziów i menażerów wieziono na trasę próby specjalnej w dwuosobowych gondolach kolejki linowej. Z polskiej ekipy tylko Olszewski i Kłujszo przyjechali bez spóźnień, pozostali spóźniali się po kilka minut, ale o dziwo, Polacy zajmowali miejsca wcale nie najgorsze. Zupełny nowicjusz, Krzysztof Serwin, który rok temu uczył się w Szwecji rajdowego rzemiosła, zajął w najliczniej, obsadzonych dwieście pięćdziesiątkach – ponad 49 zawodników -miejsca piąte i siódme. Nie wiadomo właściwie jak tego dokonał na tych podjazdach, półmetrowych progach i ostrych krawędziach pólek…

Olszewski wygrał obie próby. Szef Jabkowski bał się tego podejrzanego fartu. Jechali przecież codziennie po 300 kilometrów. Pech spotkał jednak w końcu Czesława Obłoczyńskiego, który złapał gumę. Nie wiadomo dlaczego reperował ją prawie 50 minut. Tłumaczył się później, że oś krzywa, że coś było nie tak, ale nie trafił tym do przekonania kolegom. Taką awarię dobry zawodnik usuwa w kilka minut.

W tydzień później byli już we Francji. Zajechali do małej miejscowości Briouge w Masywie Centralnym, nieopodal Lyonu. Nie było czasu na przejechanie Doliną Loary, zwiedzanie Carcassone. Musieli jak najszybciej stawić się w małym hoteliku, rozpakować swoje motory, przejrzeć je i ruszyć na trasę. Szansa na mistrzostwo Olszewskiego stawała się coraz bardziej realna. Zamieszkali w końcu w La Chapelle i do miejsca próby terenowej mieli zaledwie osiem kilometrów. Akurat tyle, ile trzeba, by obejść ją dokładnie.

Rajd był łatwy. W każdym razie doktor Wojciech Dulowski, chirurg ze szkoły profesora Garlickiego, nie musiał otwierać swojej apteki i używać czegokolwiek poza maściami rozgrzewającymi, które miał na podorędziu. Samochody stały na parkingu,

poza Zastawą Jabkowskiego, który niemal codziennie jechać musiał na posiedzenie jury, gdzie ,,na gorąco” zapadały ważne dla zawodników decyzje. Humor, i tak dobry od Hiszpanii, podtrzymywały ogromne; małżeńskie loża, w których sypiali parami,..

W drugim dniu wycofał się Serwin. Jechał na scentrowanej obręczy i z każdym kilometrem ubywało w niej szprych. Impreza zaś, chociaż nietrudna, wymagała szybkiej jazdy, gwałtownych hamowań, startów, skoków. Więc choć Jabkowski wysłał gońca po zapasowe kolo, nie było już ratunku.

Gdyby Serwin dociągną szprychy poprzedniego dnia, ukończyłby rajd ponad wszelką wątpliwość, tym bardziej że jechał bez punktów karnych. Po pierwszym dniu zajmował jedenaste miejsce, nieznacznie ustępując czołówce… ,

Do Bergamo Staszek Olszewski przyjechał po… tytuł mistrzowski. Znali to miejsce wszyscy działacze z ekipy, wiedzieli, że we Włoszech będzie trudno. Równorzędna walka z Signorellim, niezmiennie trzecie miejsce Kłujszy, wzbudziły przed Polakami respekt. Więc nie zepsuło walecznego nastroju nawet odmówienie miejsc hotelowych w San Pellegrino, czyli tam, gdzie miał się odbyć ostatni akt ich spektaklu w czterech odsłonach.

Zamieszkali razem z zespołem Simsona i MZ. Do późna w nocy szykowano przywiezione z fabryki maszyny. Już pierwszego dnia na trasę od rana ciągnęły grupki kibiców. Chłopaków, nawykłych przecież do zapachu spalin, frapowała ta ilość rozmaitych Motto Guzi, Gilera, Ducatti, Morbidelli i innych maleńkich maszyn, z których produkcji słyną Włosi. Gorzej poczuli się menażerowie, jak tu wygrać z taką potęgą dwukołowych maszyn? Oczywiste było, że jury stanie na głowie, zrobi wszystko, by Włoch wygrał.

Zaczęło się od skrótów, Włosi startowali ostatni, ale na kolejny punkt kontroli przyjeżdżali pierwsi, chociaż zawodnicy jadący wcześniej przysięgali, że nikt ich nie wyprzedził. Tłumy na trasie uniemożliwiały poważniejsze oszustwa, więc robiono drobne pułapki, ale wystarczająco dotkliwe. Kto mógł przewidzieć, że pierwszy odcinek trasy jest bardzo krótki i czas jest tam tak napięty, że nie wolno rączki gazu przymknąć ani na chwilę? Zawodnicy zagraniczni pędzili później jak szaleni, przekonani, że cały rajd będzie taki i do mety nikt nie dojeżdżał…

Rajd miał być wygrany przez Włochów, tego życzyły sobie gazety i przemysł, ci wszyscy od Vesp i Lambrett. Już pierwszego dnia, przed oddaniem maszyn, doszło do sporu. Jakie mają być czasy? A czy B, inaczej – krótsze czy dłuższe? Włosi oczywiście chcieli jak najkrótsze, nikt zaś nie podejrzewał, że są one aż tak wyśrubowane. Dopiero wiceprezydent FIM, Czechosłowak Haken, musiał użyć swego autorytetu, by ostudzić nieco zapał gospodarzy. Wytknął im, że punkt kontroli czasu powinien być usytuowany tuż przed metą, a nie oddalony od niej o dziesięć kilometrów. Rozpoczęły się dyskusje; propozycje neutralizowania czasów, jednym słowem zamieszanie ogromne. Gdy przedstawiono argument, że w Hiszpanii było jedenaście wypadków, miody Włoch z komisji motocyklowej zapytał: „Po co fu przyjechaliście?” Na sali zawrzało.

Włosi postawili na swoim. Pułapka była zastawiona jak trzeba. Na stu kilkudziesięciu zawodników tylko kilku przyjechało na pierwszy punkt kontroli czasu bez spóźnienia. Przestał się liczyć cały zespół czechosłowacki. Podłoże było kamieniste, jechało się podobnie jak w korycie wyschniętej rzeki. Motocykle rozsypywały się w kawałki. Dojechała tylko elita światowych jeźdźców. Olszewski i Kłujszo zdążyli w czasie. Staszkowi jednak aż trzykrotnie zacierał się silnik. Regulował go trener Mirosław Malec, wzbogaca! mieszankę, dolewał oleju, żeby tylko Simson chciał ciągnąć pod górę, iść tropem górskiej kozicy. Olszewski zeskakiwał przed każdym większym wzniesieniem, pchał swój motocykl. Gorzej było z innymi. Poza Serwinem, jechali ze spóźnieniami. Także i Polacy, którzy przyjechali dopiero do Bergamo. Leszkowi Sasowi pękła obudowa skrzyni biegów. Czesław Sędrowicz oświadczył wręcz, że nie zamierza się zabić i dla poparcia swych słów zjechał z trasy…

Stanisław Olszewski wygrał zawody w klasie 75 cm, choć Włosi twierdzą co innego. Widzieli przecież jak Signorelli korzystał na trasie z niedozwolonej „pomocy z boku”, ale potem anulowali mu siedem minut karnych tłumacząc to neutralizacją czasu. Polacy nie przejęli się zbytnio szalbierstwem komisji obliczającej wyniki. Napisali protest do FIM i wyjechali…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wpisz kod *