Szalony Ganc Jan Okulicz 1983

Mieszka w Gdańsku, ale nie jest gdańszczaninem.

Trener i koledzy twierdzą, że powinien być już mistrzem Europy, Jego ambicją i wolą walki obdzielić by można czterech ze Srebrnej Wazy albo sześciu z Trophy. Zasypiał pod narkozą, widział przez okno operacyjnej sali Pałac Kultury i łykał łzy przekonany, że już nigdy nie wsiądzie na motocykl. Chirurg Wojciech Dulowski, świetny lekarz i dobry „menaga” nogę zreperował i dlatego szalony Ganc, czyli Ryszard Gancewski znowu był w Hiszpanii, Francji, Włoszech, Austrii i Czechosłowacji, czyli na mistrzostwach Europy w rajdach szybkich. Na motokrosowej próbie, gdzie fiknął kozła, w jednej sekundzie czasu mieściło się sześciu, siedmiu zawodników.

Trzy i pół letni Paweł smaruje kredką papier i prosi matkę o kartkę pocztową.

Po co ci synku??

Napiszę kartkę do tego Malca, żeby nie zabierał więcej tatusia. Od kwietnia do października nie ma go w domu. Wpada na noc. Z plastykowej, szczelnie zamkniętej torby wyciąga brudne motocyklowe ciuchy, bieliznę. Pralką warczy całą noc. Rano wyjeżdża w drogę. Na motokros, ponieważ klub domaga się punktów. lub na rajd, bo jest jednym z czołowej dwójki centrali PZM. W zależności od tego na przyczepie huśta się Simson lub KTM umajony mokrą bielizną W rubryce zawód powinien mieć motocyklista, chociaż jest tokarzem. Taki zawód istnieje, chociaż nie ma go w oficjalnym spisie profesji. Jak zaczął? Normalnie. Na WFM siostry, na MZ brata. Wyciągał po kryjomu z komórki i jechał w las wpadał do miasta, pokręcił się po ulicach i wiał ponownie do rodzinnego Kajkowa, nad jezioro, do domu solidnego, w którym czuł się najbezpieczniej. Zaczynał jeździć na motorze, gdy wieś polska już się zmotoryzowała i ludzie rozglądali się z wolna za samochodami. Klub Drwęca Ostródy kwitł pielęgnowany przez prezesa Wadasa, a coraz wyżej szła marka trenera Janusza Patyczka, jeźdźca, Czerwonych Beretów„. Oni wyłowili Ganca. Przyjechał na zawody dla takich jak on wiejskich chłopaków „obcykanych” w motocyklach. Był odcinek jazdy stylowej, jakaś próba zręczności, wyścig po plaży kajkowskiego jeziora. Wygrał spokojnie. Dostał nagrodę i zbierał się do domu, ale prezes zdążył rzucić „wpadnij do klubu”. Wpadł. Wysłano go na zawody takich jak on. Dostał polecenie „puszczać na trasie prób sportowych Manfreda Dela„. Puścił. Nawet zjechał z trasy i stanął, gdy sekundy leciały jak szalone. Był dwunasty, a mógł być piąty: Już nie puścili Ryśka z klubu. Kończył zawodówkę, robił przy motocyklu, biegł do lasu, ponieważ trener był zwolennikiem kondycji, kontaktu z przyrodą, jazdy męskiej, twardej. „Siądź prosto, wzrok daleko i gazu! „To mogło być dewizą motocyklistów mazurskich, chłopaków z Lidzbarka i Ostródy, identycznie dochodzących do wielkiego sportu, zbierających się pod wodzą „Patyka” wyciskającego z nich ósme poty. Mieli Jawy stare, Promoty, Jawy nowe, aż w końcu Simsony, w które zaopatrzył ich trener Mirosław Malec. Po medal w Srebrnej. Wazie szwedzkiej Sześciodniówki jechało czterech wilnian osiadłych na Mazurach: Stasiek Olszewski, Zbyszek Klujszo, CzesiekKoń„, Obłoczyński i on Gancewski. Za każdego z nich dałby się pokroić w plasterki, wypruć żyły. To była paka. Już nie rozstawał się ż motocyklem. Codziennie jechał dwanaście kilometrów do swojej Bożenki. Zima, lato: Ludzie zamykali oczy, gdy przemykał o zmroku po gołoledzi, na której nie móc ustać piesi. Trasę miał opanowaną. znał każdy zakręt. Co to dla niego. który dla lekkiej rozgrzewki jeździł po długich schodach na plażę jeziora Drwęckiego, na górę i nadoi., aż zainteresowała się nim milicja. Teraz by uznano to za fragment treningu, ale wtedy? Podjechał, zgasił motocykl. Gdy się przekonał, że będzie targanie uszu, nogi za pas, po wodzie, piachu. Rano przepraszał w komendzie, że to już ostatni raz. Teraz w Ostródzie wszyscy Ganca znają i kochają. Coraz częściej myśli o Mazurach. Rodzice staruszkowie zostali w Kajkowie, on w Gdańsku. Teściowie, rodzina wszyscy nad jeziorami. W Gdańsku nikogo nie zna poza Kłujszą, który mieszka w bloku na Zaspie. Ciągnie ich coraz mocniej w rodzinne strony. Gdy chciał się żenić z Bożenką poprosił o mieszkanie. Obiecano, a jakże. Tylko nie dawano. Był już Ganc motocyklistą jak się patrzy, sportową wizytówką miasta. Biegał codziennie do roboty na siódmą, stawał przy tokarni i majster puszczał go wcześniej do domu, czyli na trening, gdy zrobił zlecone prace. Gdańsk przebił mieszkaniem i motocyklem. Czekał na niego nowy KTM, maszyna gwarantująca mistrzostwo Polski,. Chciał odchodzić, ale wzięło go wojsko. Nie wspomina tego źle. Jeszcze dwa lata. Poszedł do Gdańska. Jest twardy, żylasty. Porusza się biegiem. lm trudniejsze podjazdy, większe błoto, cięższe warunki, tym jest lepszy. Najbardziej boi. się płaskiego, słońca i asfaltu. W pierwszej eliminacji W Hiszpanii wystartowało wielu zawodników. Po pierwszym dniu odpadło czterdzieści procent. Bez spóźnień dojechało tylko dwóch – Włoch Marignoni i Polak Gancewski. We francuskim miasteczku Mende był czwarty. Włochy też były trudne. Jak łatwo wywołać obraz wiszącego na półce skalnej za kierownicą motocykla i człowieka, który już zjechał na głowie w dół po urwisku, a teraz z pianą na ustach wciąga mechanicznego rumaka dyndającego w powietrzu. Dosiada i odjeżdża. Potem zgięty hamulec, przebita opona, szesnaste miejsce. Albo wyścig we mgle w górach. Jadą razem w ciasnym odcinku z Włochem Oriolo startującym minutę wcześniej. Słyszy silnik Simsona. Polaka, dodaje gazu, wyjeżdża z szutrowej drogi i leci w przepaść. Rysiek uruchamia akcję ratunkową. Zeskakuje z motoru, patrzy, woła, oznacza miejsce i z odkręconym do oporu gazem jedzie po pomoc. Miejsce już się nie liczy. Marignoni został mistrzem Europy. Gancewski na jednej, kto wie, czy nie decydującej próbie przewrócił się i przegrał o sekundę. Drugą próbę wygrał. Takich prób było osiem albo dziesięć. Już po mistrzostwach, a medalu nie ma. Właściwie jest, motocykliści dostają medale za skończenie w pewnym czasie za zwycięzcą. Nie ma tylko mistrzostwa. Wszyscy dali z siebie wszystko. On, Gancewski nawet zbyt wiele. Za szybko dojeżdża do’ przeszkody. Ostatni zamyka gaz. Ratuje się w zakręcie, ratuje w przeszkodzie. Inni widocznie lepiej liczą, kalkulują. Rysiek szczera kresowa dusza. Niewyczerpane zasoby ambicji. Już nie jest tym juniorem w zespole, który za Staśka, czy „Konia” dałby się siekać. Teraz za nim chodzą ostródzkie chłopaki: Patrzą, jak w obraz. Stasiek był na motokrosach we Francji. Wrócił z nogą w szynie. Porwany mięsień. „Koń” już nie jeździ. Brak zdrowia. Chodzi po obejściu w waciaku, przepasany sznurkiem, z talerzem czegoś dla kur. Nie wytrzymał w mieście. Trener Patyczek poluje i hoduje pszczoły. Tacy oni są mazursko-kresowi. Gdy trzeba pomóc, do rany przyłóż

„Trzeba dać z siebie wszystko. Myśli pan, że dają? Mówię takiemu jednemu odkręć bracie mocniej, skocz trochę, jak. masz krócej powietrzem. Żebym się zabił? – odpowiada. – No i jak z takimi jeździć?”

Jak nie wychodzi, Gancewski się gryzie. Nie śpi, przewraca z boku na bok, analizuje. Pyta trenera Malca. Fachowiec wie wszystko. Tu był błąd, tam był błąd. Wystarczy, że dwa razy na próbie nie wejdzie bieg. Już po wszystkim. Gdy Ryśkowi się nie wiedzie, Malec do zawodnika nie podchodzi. Tysiące kilometrów spędzone razem w samochodzie, dziesiątki przegadanych godzin. Rozmawiają o porażkach, gdy ciśnienie już ustępuje. Tylko ze zwycięstw cieszą się natychmiast. W Austrii i Czechosłowacji Gancewskiemu nie wyszło. Szczególnie u Czechów próba była jakaś dziwna, zakręty podstokowe, zamotane. Wygrał Czech Jiri Cisar. Wygrała technika. Trener Malec wie o nich wszystko. Stary lis. Jego nie przechytrzą. Widział, kto jak wjechał w zakręt. Kiedy dodał gazu, kiedy odjął. Kto się boi, a kto jest wojownikiem? Dlaczego ich nie uczy? Nie ma czasu. Nie może zmieniać przyzwyczajeń i nawyków indywidualnie, gdy trzeba organizować sprzęt, nauczyć pracy przy motocyklu, posługiwania się zegarkiem. Kiedyś próbował lać do mózgów, teraz już tylko poprawia, krytykuje, radzi. Zasada jest prosta. Trzeba jechać. Wchodzić w zakręty z gazem, a jedno wcześnie kalkulować brać pod uwagę wszystkie składniki, i się nie bać. Ograniczyć strach, ciągnąć z motocykla wszystko, co można, ale nie zniszczyć sprzętu. Za kilka miesięcy do Anglii. Jeszcze nie znany skład, ale już mówią o strasznych zdarzeniach. Lewostronny ruch: wypada zawodnik z lasu, gna po szosie, zapomina o różnicy i nos w nos z ciężarówką. Tak bywało. Albo te murki, którymi obramowane są dragi. Gdzie uciekać, gdy zabraknie miejsca? Do Anglii trze ba jechać, to ostatnia szansa. W Polsce od lat kłócą się działacze co ważniejsze krosy czy rajdy. Kilkoma zawodnikami nie zbuduje się potęgi, ale potrzebny sukces, w obu konkurencjach. Więc Gancewski, Kłujszo, Serwin jeżdżą, Malec ich ubrał, Malec o nich myśli, karmi, broni. Nie mają stypendiów i mieć ich nie chcą. Ciężko pracują, zawody tydzień w tydzień. O treningach właściwie nie ma mowy. Ci najlepsi z Gancem narzekają, że nie widują swoich motocykli na co dzień. Mają treningówki, ale gdy w klubie brakuje sprzętu, treningówka idzie na zawody. Dostają motocykle na kilka godzin przed zagranicznym startem. Jawa i Simson dba o nie, daje paliwo, serwis, wszystko. Nigdy tylko nie wiadomo, czy nie zmieniły się jakieś parametry, a poza tym, dziwny taki „motor ze skrzynki. Narzekają latem, że w zimie nie mogą startować, aby szybciej, wejść w sezon. Co robić, gdy klimat nie ten, co trzeba. Chytry Malec zamknął licencje Gancewskiego w szafie. Koniec z jazdą. Do sierpnia spokój. Paweł ma tatusia w domu. W Gdańsku. Może wziąć motocykl i pojechać na morenę, albo po południu przemknąć po plaży koło Jelitkowa. Liczy głośno. NRD, Anglia, zawody w Polsce. Jeszcze kilka lat a potem na. Mazury, do Kajkowa, tam, gdzie własny garaż, znajome kąty i ludzie, dla których ma zawsze lewą rękę uniesioną w powitalnym geście.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wpisz kod *