Simsonem na wieżę Eilffla-Jerzy Temolin 1986

RYSZARD GANCEWSKI, jak tylko pamięta, zawsze lubił motocykle. Jeszcze nie sięgał stopami do ziemi, siedząc na rodzimej „WSK„, którą „pożyczył” od siostry, a już jeździł po bezdrożach, leśnych duktach. Mieszkali na obrzeżach Ostródy, a gospodarstwo rodziców przylegało do toru motocrossowego. Kiedy zawodnicy ówczesnego Wawelu zjeżdżali z treningu, Ryszard wraz z kolegami, szaleli na piaszczystych muldach. Szybko zajeździł motocykl, który siostra agronom dostała w przydziale. Rozglądał się więc za nowym. Rodzice kupili starszemu bratu „MZ. Wacek rozbił się raz, drugi i dał sobie spokój. Ryszard mógł więc wyruszyć na rajd. Na razie turystyczny. Wygrał. Bardzo mu się spodobało stać na najwyższym podium. Po jedenastu latach startów Gancewski uważa, że najbardziej lubi startować w „sześciodniówkach”. To największa impreza motocyklowa w Europie. Nazywają ją olimpiadą motorową. Bywa trudna. Im trudniejsza, tym więcej emocji i wrażeń. Brał udział już w dziewięciu. Aż osiem razy ukończył tę imprezę. Niewielu jego kolegom udała się ta sztuka. Dojechać do mety jest już sporym wyczynem. A on może pochwalić się nawet sukcesami. Dwa lata temu w Holandii wraz z kolegami — Stanisławem Olszewskim z Olsztyna, Zbigniewem Przybyłą, Ryszardem Augustynem z Czerwionki oraz kolegami z Budowlanych Gdańsk Zbyszkiem Kłujszo i Krzysiem Serwinem wywalczyli srebrne medale. Wicemistrzostwo świata. W ubiegłym roku Ryszard zdobył tytuł wicemistrza Europy w rajdach Enduro. Ma kilkanaście tytułów mistrza Polski w motocrossie w swojej ulubionej klasie — 250 cm. Tytuły cieszą, to fakt mówi — ale praktycznie nic nie dają. Nie, nie chodzi mi o pieniądze, takie jakie otrzymują piłkarze, ale potrzebny jest sprzęt. Jesteśmy chyba jedynymi „wariatami”, którzy za zagraniczne diety kupują motocykle, które następnie rozbijamy na polskich torach. Moja „Suzuki” ma już cztery lata i niedługo się rozleci. Najnowszy model kosztuje 7 tysięcy marek. Poczekam do przyszłego roku, kiedy cena spadnie do 5 tysięcy. Teraz w naszej dyscyplinie utrzymują się jedynie ci jeźdźcy, którzy mają bogatych sponsorów, najlepiej nadzianych rodzi ców, tak jak Maciej Stańco, który w tym roku był najlepszy w kraju, ale ma dwa nowiutkie „Kawasaki”. Jak się z nim ścigać?

Wróćmy jednak do „sześciodniówki”. Tegoroczna, wrześniowa motocyklowa „corrida” była dziecinnie łatwa, chociaż chwil grozy nie brakowało. Trasa prowadziła tym razem malowniczymi drogami słonecznej Italii, w pobliżu miasta o dźwięcznej nazwie San Pellegrino. Polacy startowali w konkurencji World Trophy, a więc w rywalizacji zespołów sześcioosobowych. Ryszard Gancewski, kierowca fabryczny „Simsona” ścigał się z nr 34 w klasie 125 cm.

Pierwszy etap rozpoczął się punktualnie o godz. 7 rano. Na trasę ruszył Włoch Giuseppe Zorzi, niedługo po nim — Gancewski. Mieli do pokonania 282 km, a więc trzy pętle po 84 km z dwoma próbami crossowymi. Trasa niby łatwa, ale na zawodników czyhały przeróżne pułapki. Na jednej z prób, która nie wróżyła niespodzianek, nagle zaczęły się upadki. Padali także nasi, w tym Ryszard. Ale miałem szczęście powiedział na mecie.

Na kamienistym podejściu złapałem „kapcia”. Nie było czasu na precyzyjne sterowanie motocyklom. Postanowiłem wiec zmienić oponę. Czy zdążę przed wyznaczonym limitem czasu? Udało się! Jednak tuż przed końcem na dole ujrzałem studzienkę” W ostatnie] chwil odbiłem. Zrobiło mi się czar przed oczami. Gdybym nie ominął przeszkody, byłoby po zawodach. Najgorsze, że zdyskwalifikowano by również zespół. Takie przepisy.

Drugiego dnia lało jak z cebra. W polskiej ekipie radość. — Nareszcie dołoży my rywalom — cieszyli się przed wyruszeniem na trasę. Drogi górskie, ścieżyn ki, niektóre na wysokości ponad 2000 metrów, stały się niezwykle niebezpieczne i wręcz niemożliwe do przejechania. Błoto deszcz , śliskie skały to lubię mówi Ryszard Gancewski  kiedy jest dramat wtedy impreza nabiera rumieńców pamięta się do końca życia  na tym etapie leżało po kilka zawodników zsuwając się ze stromych zboczach zawodnicy zsuwali się w dół koziołkując po kilkadziesiąt metrów. Wielu nie mogło poradzić sobie na karkołomnych podejściach i zjazdach. Jadę po skalnej „półce” — wspomina Ryszard — szerokości, no powiedzmy na oko — 2—3 metry, a od przepaści „zabezpiecza” nas tasiemka szerokości 5 centymetrów w ładnych, efektownych kolorach. Gdybym nie siedział na motocyklu, to przykleiłbym się do ściany, zamknął oczy i czekał na ratunek. Tam, w tych włoskich górach przypomniałem sobie o grozie jaką przeżyłem na wieży Eiffela. Jechaliśmy windą, ze szkła, przezroczystą. Nie mogłem patrzeć ani w górą, ani na boki, a tym bardziej w dół. Byłem mokry jak mysz. Trzymałem się poręczy, z której wycisnąłem wszystkie „soki”. Boję się wysokości, to fakt, ale na moim „Simsonie” wjechałbym jak nic na tę cholerną wieżę. Na motocyklu niczego się nie lękam.

Trzeciego dnia organizatorzy 61 „sześciodniówki” pogubili się dokumentnie. Powstał niezgorszy bałagan. Liczono na deszcz, a więc wydłużono czasy przejazdów, by makaroniarze nic nie stracili. A tu raniutko zaświeciło słońce i miast walki wokół miejscowości Monte Poieto, pojechaliśmy na… spacerek.Jak tak dalej pójdzie — pomyślałem wówczas — opinię o„sześciodniówce”,jako o morderczej imprezie, będzie trzeba włożyć między legendy. Oburzony był zwłaszcza nasz trener — Mirosław Malec, który uważa, że im gorsze warunki, tym lepiej. To, iż na drugim etapie połowa zawodników nie przyjechała w regulaminowym czasie nie powinno być przyczyną zakulisowych zmian regulaminowych. Trzeba umieć jeździć w każdych warunkach.

Ostatniego dnia odbył się cross. Zmora dla Polaków mających słaby sprzęt. Biało-czerwoni „sześciodniówkę” rozstrzygali podczas rajdu, kiedy było chłodno, mokro i ślisko. Cross rozegrano w niezwykle malowniczej scenerii wokół osady Foppolo. Ryszard tego dnia miał sporego pecha.Tuż po starcie i stromym podjeździe, następował kamienisty zakręt w prawo. Tam większość motocykli traciła przyczepność. Stało się to, co się stać musiało. Wystarczyło, iż jednego rajdowca postawiło w poprzek i od razu w tym miejscu powstawała ogromna sterta maszyn i ludzi. W tej zbiorowej kraksie wziął udział Gancewski. Na dodatek wyleciał z „siodła” to oznacza. Nikt nie sprzeda nam najlepszych motocykli, ani innego sprzętu. Najlepiej świadczy o tym nasz import popularnych , „CZ„. Otóż nasi przyjaciele z południa sprzedają nam taki szmelc, którego sami nie dopuszczają do zawodów… ze względów bezpieczeństwa. Przekonał się o tym Gancewski, kiedy wybrał się na imprezę zorganizowaną po tamtej stronie Tatr.

Ryszard Gancewski nie traci jednak humoru. Wspomina z sympatią włoską „sześciodniówkę”, gdzie oprócz kolegów z reprezentacji jechali dwaj koledzy z gdańskiego klubu — dwaj Zbyszkowie: Groth i Kłujszo. Wystąpili tym razem w charakterze „krasnoludków” lub jak zwą ich inaczej — „kogutków”.Jaka rola przypadła więc tak dziwnie określanym jeźdźcom. Stanowili oni „nielegalny” serwis. Otóż w rajdach Enduro wiele powinno się zmienić. Dość skostniałe przepisy, mało elastyczny regulamin otwierają drogę do nie zawsze uczciwych działań. Nie jest już tajemnicą jaką rolę spełniają owi „krasnoludkowe”, motocykliści jadący ślad w ślad za swoimi zawodnikami. Gdy nikt nie widzi, udzielają im pomocy, wymieniając czasem nawet cały motocykl, chociaż to niezgodne z regulaminem, tak jak niedopuszczalna jest jakakolwiek pomoc zawodnikom w ciągu owych sześciu ciężkich dni. Jednak kto jest bogatszy i ma więcej „krasnoludków” — ten wygrywa.

W przyszłym roku „sześciodniówka” rozegrana zostanie w Polsce. Na drogach wokół Jeleniej Góry impreza będzie miała taki charakter, jaki mieć powinna. Żadnych łagodnych tras, żadnych ulg dla bogatych słabeuszy. Ryszard Gancewski i koledzy będą wówczas mieli szansę zniszczyć rywali podczas rajdu, bo na crossie nadal sprzęt będą mieli lepszy rywale.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wpisz kod *