Rajd Dolnośląski Jelenia Góra 1984 VII i VIII el. Mistrzostw Europy oraz Mistrzostw Polski w Enduro Jan Okulicz

JEŹDZIEC Z PLAKATU POCHYLONY JEST NA ZAKRĘCIE DOKŁADNIE TYLE, ILE POTRZEBA. WIDAĆ MARKĘ MASZYNY, NASZYWKI NA KOMBINEZONIE, NALEPKI NA HEŁMIE. Obok napis: Assen Holland i data 4. Okt. 1984. ISDE Motor 6 Days. Plakat wygląda jak wyrzut sumienia. Właściwie już można zacząć odliczanie. Czwarty października, to pierwszy dzień mistrzostw świata motocyklistów. Sześciodniówka. Ile razy Józef Rewerelli nazywany nie wiadomo dziś dokładnie, dlaczego Żukiem” podniesie oczy, widzi tego człowieka elegancko złożonego w zakręcie. Tuż za „Żukiem” przy swoim biurku Mirosław Malec. Dwaj starzy motocykliści spotkali się za biurkami działu sportu w Polskim Związku Motorowym. Pierwszemu podrywa Simsona syn, drugiemu – córka. Może dzieci motocyklistów obciążone są genetycznie? Naukowcy mogliby to sprawdzić na PiotrzePawła  Gancewskich. Ojciec szalony, zajeździł kilkadziesiąt maszyn. Malec też ma bliżej pięćdziesiątki, niż czterdziestki, a jak jedzie na trening, to lubi pogonić dzikiego kota, albo podroczyć się z zającem. Po prostu depcze dwa razy dźwignię zmiany biegów, odkręca rollgaz i grzeje po łące za zwierzakiem. Wieczni chłopcy.

DRUGIEGO DNIA MOTO-CYKLOWYCH MISTRZOSTW EUROPY W RAJDACH SZOSOWO-TERENOWYCH TRIAL-ENDURO W JELENIEJ GÓRZE MALCOWI NIE BYŁO DO ŚMIECHU. Już o ósmej rano, tuż po starcie pierwszego zawodnika, spotkał go w drzwiach stary Horst Schmerze, menedżer Simsona, wyjadacz i lis zawodów. „Malec, co to za numer” wrzasnął. Polak podniósł niewinne błękitne oczy, przyjrzał się zdenerwowanemu i powiedział: „Nie rozumiem”. – „Kto to widział, robić takie krótkie czasy?” – „Jakie krótkie, normalne brzmiała odpowiedź. Obrażeni byli pewnie wszyscy. A najbardziej na to, że spadł deszcz i wszystko stało się nagle niesamowicie trudne, wąskie, wyśrubowane. Ośrodek Aeroklubu Jeleniogórskiego w Jeżowie położony jest na uboczu. Z dala od hoteli „Europa” i „Cieplice”. Daleko mu również klasą do tych najlepszych. Ba, znacznie wykwintniej mieszka się w ogromnych przyczepach mieszkalnych Erefenowców czy motor domach Włochów. Ale trener tak właśnie woli. Cicho, spokojnie, na uboczu. Wstali któregoś dnia przed zawodami o wpół do piątej, wyprowadzili Jawy i Simsony, zapalili, pojechali. Tam, gdzie spodziewali się wytyczenia trasy. Dziewięćdziesiąt kilometrów, z te-go tylko sześć po asfalcie. Ci z małych miasteczek wstali bez oporu, tylko gdańszczanin Groth burczał, że dzieje mu się krzywda. Po trzech godzinach byli z powrotem. Tak robią przed zawodami wszyscy. Po pierwszym, suchym dniu Ryszard Gancewski na sto dwudziestce piątce był pierwszy w swojej klasie, a w osiemdziesiątkach prowadził Zbigniew Przybyła.

TEGO FATALNEGO RANKA KOTLINĄ JELENIOGÓRSKĄ NISKO NAD ZIEMIĄ SUNĘŁY CHMURY. NA URUCHOMIENIE MOTOCYKLA PRZED STARTEM ZAWODNIK MA MINUTĘ. Z parku maszyn wy-prowadza się motory, trzeba je postawić i na sygnał uruchomić. Dwaj z trójki Ganca już przelali gaźniki, kopnęli rozruszniki, a gdy silniki prychnęły niebieskimi spalinami, wsiedli i odjechali. Tylko lider Polak kopał rozrusznik przez całą okrągłą minutę. Widział to sędzia w parku maszyn, słynny motocyklista lat minionych, pan Stasio Brun, przypatrywał się delegat zarządu PZM Marek Kopczyński. a zafrasowany zawodnik pchał motocykl, het do bramy, aż silnik się odezwał. „Najpierw nie pchał, a potem przelał” i to był cały komentarz pana Stasia. Dwadzieścia punktów pomocniczych. Po godzinie nadeszły pierwsze informacje. Ludzie łapią spóźnienia. Po gliniastych, rozmytych wodą dróżkach nie sposób zmieścić się w czasie. Zdążają tylko dwaj najlepsi Polacy. Ten narwany w jeździe Gancewski i spokojny, opanowany Zbyszek Przybyła. Skąd u dwudziestolatka taka rozwaga, opanowanie, a zarazem chęć do jazdy? Malec w czerwonym kombinezonie Robertsa, hełmie uvexa wysokich motocyklowych butach jedzie na trasę. Niewielu znawców tego sportu po zaokrągleniu figury nadal zachowuje taką zręczność. w jeździe i po bezdrożach. Ma kilka swoich sekretów i po prostu chce się wtopić w tłumek podobnych mu zmotoryzowanych „krasnoludków” poruszających się z plecaczkami po trasie. Chociaż pomoc z boku zabroniona, w tych niepozornych bagażach znajdzie się pól silnika, sporo części zawieszenia, trochę ogumienia, jakaś butelczyna ze sprężonym powietrzem. ŁĄKA, NA KTÓREJ ODBYWA SIĘ PRÓBA, TAKI KRÓTKI PRZERYWNIK RAJDU, TO PO PROSTU KAWAŁEK MOTOCROSSU. JEST JUŻ ZRYTA PRZEZ MOTORY. Widać dokładnie jak układają się ślady kół. Zgodę na tratowanie ziemi dał sam dyrektor miejscowego PGR w Podgórkach. Skoszono trawę, a następnie pozwolono wyznaczać taśmami trasę. Odważny rolnik rok temu zaryzykował, a potem okazało, że po ubiegłorocznym rajdzie dolnośląskim, na tej łące, gdzie była próba, trawa wyrosła bujniejsza i lepsza. Dziwny człowiek. Wszędzie motocyklistów gonią, a on zaprasza. Pierwszy przyjechał Przybyła, tuż za nim Gancewski. Podjeżdżają pod fotokomórkę. Przemoczony żołnierz-starter podrywa kraciastą flagę. Błoto na wirażu jest tak śliskie, że Polak podpiera się nogą, a motocykl prawie leży. Ganc zaś ma przed próbą twarz wykrzywioną złością Krzyczy coś do tego z flagą i spod tylnego kola wykwita pióropusz błota. Jedzie z charakterystycznym obciążeniem tylnego koła, skacze na nierównościach po kilka metrów. Deszcz już nie pada a leje. W dół błotnistej drogi płyną strumienie. Strażacy terenowym starem wyciągają zielonego Robura telewizji. Jacyś turyści z NRD – kibice, bezskutecznie usiłują podjechać Zygułą tą samą drogą, którą przyjechali. Tylko samochody stojące na górce odjadą o własnych siłach, całą resztę wyciągnie kolejno traktor. Według nieoficjalnych danych najlepszy jest Gancewski. Ale tę próbę trzeba prze-jechać jeszcze raz w drugiej pętli. Kilku już nie jedzie, niewytrzymali próby. Młodzi zawodnicy z warszawskiego Pałacu Młodzieży entuzjazmują się nielicznymi w rajdzie czterosuwami. Gdyby tylko nie lał ten deszcz.

NA ŁĄCE STOJĄ BRACIA SZCZERBAKIEWICZE. WYGRALI DO SPÓŁKI JEDENAŚCIE RAZY RAJD DOLNOŚLĄSKI NIE SĄ ZACHWYCENI. JEST PO PROSTU ZA TRUD-NO.., To właśnie niebezpieczeństwo końca rajdów. W Alpach zbyt trudno i u nas za trudno. Za dużo pieniędzy, interesu, przemysłu w tym, co się tu dzieje. Trzeba wygrywać. Nie bacząc na koszty i niebezpieczeństwo. Jest coraz mniej zawodników. Indywidualni uciekają z rajdów szybkich do obserwowanych. Motocykle się nie niszczą tak na odcinkach jazdy stylowej, jak tu podczas tych szalonych skoków. „Obserwator” jedzie sobie nie za szybko, oglądają jego kunszt ludzie. Wspina się na półki skalne, robi różne sztuczki ekwilibrystyczne, jego motocykl jest znacznie tańszy. W rajdach zaś zdarza się, że trzeba co kilka ty-godni wymienić trzy czwarte motocykla. Zawodnika prywatnego nie stać na włożenie w sprzęt dwóch tysięcy dolarów. Cały motor kosztuje około trzech. Nie mówmy o polskim przemyśle motocyklowy, ponieważ go po prostu nie ma. Najmocniejszą grupę w krajach socjalistycznych stanowią producenci MZ-tek, nadal poszukiwanych w świecie i doskonałych sim-sonów. Na bagnistej łące co chwila walczyli o względnie równą jazdę kolejni za-wodnicy. Glina oblepiła im twarze, pokryła szczelnie motocykle, deszcz przeniknął do bielizny i skarpet. W tym samym czasie o kilkanaście kilometrów dalej przeżywał swoją tragedię Gancewski. Ludzie z Simsona zapewniający mu serwis, przetarli okulary, dolali paliwa, sprawdzili zużycie łańcucha. Do mety zostało kilkadziesiąt kilometrów, które znal na pamięć i czuł się liderem w eliminacjach do mistrzostw Europy. Z punktu kontroli czasu jednak nie odjechał. Gdy podbito mu kartę, energicznie odkręcił gaz, przycisnął palcami stopy „jedynkę” i usłyszał twarde metaliczne chrupnięcie. Po chwili zagrzechotała cała skrzynia biegów. Podrzucił noskiem buta dźwignię na dwójkę, to samo, trójka – też, Dopiero na czwórce, piątce, szóstce i siódemce ustawał ten piekielny grzechot. Silnik sto dwudziestki piątki nie ma zapasu mocy. Właśnie dlatego konstruktor dał tyle przełożeń, aby przeszkody terenowe pokonywać na mocnych biegach dolnych. Bez nich nie ma jazdy. To był koniec nadziei ma medal i mistrzostwo Europy Nie dojechał do mety tak-że Zbigniew Przybyła. Mało jeszcze znany, wychowanek klubu motorowego przy hucie Głogów. Pojechał na rajd z nie wyleczoną kontuzją. Ludzie ze Wschowej są twardzi. Jeszcze dwie eliminacje w RFN i Austrii. Rolf Hubner i Bernd Lämmel z NRD, Czech Jiri Cisar, Włosi – Giorgio Grasso, Andrea Marinoni, czołówka klasy pamiętać będą szaleństwo Ganca na odcinkach tak ciasnych, że nie wolno było na sekundę zamknąć gazu, tylko gnać na oślep na złamanie karku, by wpaść w strefę kontroli w ostatnich sekundach czasu. Pamiętać mu będą te kilkanaście sekund, które dzieliły ich na próbach szybkościowych, chociaż Polak, w jego opinii, ma znacznie gorszy motocykl i gorsze opony. Uratowało ich, że odkręcił zbyt mocno gaz, może nie wysprzęgłił dokładnie silnika i zbyt szybko, energicznie wrzucił bieg. Gancewski bije się w piersi moja wina. Cóż z tego. Przegrał polską eliminację, którą właściwie miał już wygraną.

BO BĘDZIE DALEJ? PRZY-GOTOWANIA DO SZEŚCIOD-NIÓWKI. Kadra motocyklistów rozrywana jest pomiędzy rajdy i motocrossy, a dwóch podstawowych za-wodników leczy kontuzje z tego samego cieszyńskiego występu – Zbigniew Kłujszo, z zespołu Simsona i Krzysztof Serwin, fabryczny jeździec Jawy. Czy Malcowi uda się złożyć do mistrzostw świata dwa zespoły? Nie wiadomo. Rozczarował go Ryszard Augustyn, który jechał znacznie wolniej od zawodników średnich. Jak może opierać się na młodym Stanco, dla którego zawody w Czechosłowacji są zbyt jeszcze trudne, albo na Budnym, nieobecnym i nie usprawiedliwionym w Jeleniej Górze Od lat trener związkowy ma tę samą pretensję do klubów, że nie wychowują młodzieży, a przede wszystkim brakuje ludzi młodych od-ważnych, ambitnych. zawziętych. Są dla nich motocykle, najlepsze oleje, świece, doskonałe hełmy i ubrania. Byle tylko jeździli szybko i odważnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wpisz kod *