Po Sześciodniówce – czy to tylko walka o prestiż wytwórni? – Stefan Kubiak Bogusław Koperski 1967

Od samego początku przebieg Sześciodniówki w zasadzie nie odbiegał od naszych przed rajdowych przypuszczeń. W pierwszych dniach odpadli po prostu najsłabsi i nieliczni pechowcy, a prym objęli faworyci, zespoły — NRD, Czechosłowaccy i motocykliści z –NRF. Niespodzianką była świetna postawa zawodników austriackich: po drugim dniu rajdu zajmowali w konkurencji Trophy II miejsce i tę samą lokatę w konkurencji fabrycznej utrzymywał ich zespół Pucha. Angielski zespól „Trophy” przestał się liczyć już na starcie: ich as atutowy — Sandiford nie zdążył przygotować motocykl do odbioru technicznego i za brak tego zawodnika Brytyjczycy inkasowali codziennie 100 głównych punktów karnych. Pechowo też zaczął włoski zespół „Trophy„: ich zawodnik — Gritti uległ kontuzji już w pierwszym dniu rajdu. Tak jak ogólnie przypuszczano jechały zespoły ZSRR (po pierwszym dniu V miejsce) i Szwecji (VI miejsce). Nie sprawili też niespodzianki nasi: polscy motocykliści zajmowali w „Trophy” od pierwszego do ostatniego dnia Sześciodniówki dziewiąte, czyli ostatnie w tej konkurencji miejsce.

Pierwsze trzy dni były wyjątkowo ulgowe: w takich imprezach gdzie wszystko zależy od szybkiej jazdy w terenie, a nie od odcinków jazdy stylowej, duży wpływ na skale trudności ma pogoda. Tym razem słońce świeciło właściwie przez cały czas rajdu. I choć z reguły wieczorami padało i ślady mokrej aury widoczne były na terenowych odcinkach, nie było to jednak takim utrudnieniem, jakie stwarza lejący w górach deszcz w czasie trwania imprezy. Ostatnie dni rajdu dawały się we znaki tym zawodnikom, którym brakowało kondycji lub wytrzymałego motocykla. Dowodem tego, że tegoroczna Sześciodniówka była jednak łatwiejsza w porównaniu z innymi może być fakt, iż do końca dotrwało 201 zawodników, z 314, którzy wystartowali na początku. Sukces Organizacyjny, jaki bez wątpienia odnieśliśmy jest niepodważalny. Dzięki pomocy wojska zdobyliśmy niekłamane uznanie w oczach zagranicznych uczestników. Natomiast w głównej konkurencji „World Trophy” nie liczyliśmy się od początku, bo według regulaminu trzeba było jechać na krajowym sprzęcie. SHL-ki i WSK są o wiele gorsze od zagranicznych motocykli, a potwierdza to końcowa klasyfikacja w konkurencji fabrycznej, w której zespoły SHL zajęły 19 i 37 miejsce, a WSK „zdobyły” 31 i 34 miejsca. Trochę lepiej było w konkurencji „Srebrnej Wazy„: nasz zespół „A” zajął w końcu dobre — V miejsce i tylko zespół „B” wypadł dużo gorzej, bo skończył rajd na XVII miejscu, wskutek wycofania już na pierwszym etapie Weltera (uszkodzenie motocykla). Ażeby nie było nieporozumień wyjaśniamy: oba nasze zespoły „Wazy‚, jechały na MZ-kach. Tyle przypomnień najistotniejszych sportowych wyników Sześciodniówki. Nie to jest jednak najważniejsze z perspektywy kilku już tygodni. Teraz nikt specjalnie nie będzie roztrząsał jak prze-biegała dramatyczna czasem —to przyznajemy — walka o punkty w konkurencjach „Trophy Wazy Fabrycznej i klubowej. O Sześciodniówce mówi się obecnie, że wygrali ja zawodnicy NRD i udało im się po raz piąty z rzędu. Powiemy więcej: rzadko, kto pamięta już nazwiska tych. Którzy ten bezsporny sukces wywalczyli; mówi się natomiast, że znów tę imprezę gag ani wygrał NRD-owski motocykl MZ. I tu dochodzimy do sedna rzeczy. Na podstawie dość wnikliwej obserwacji tegorocznej Sześciodniówki (a umożliwiła nam to SHL, użyczając wysłannikom Motoru motocykl do dyspozycji, — za co im w tym miejscu dziękujemy), stwierdzamy impreza ta ma w swej obecnej formie zbyt mało walorów sportowych. Stała się natomiast bezwzględną walką o prymat wytwórni motocykli. Oczywiście jest też tam sportowa walka o punkty, o doprowadzenie bez spóźnień motocykli do mety. Ale równocześnie zaczynają dominować podobne motywy jak na samochodowym Rajdzie Monte Carlo. Pisaliśmy już o tym nieraz. Podobnie jak na alpejskich trasach i tym razem na podhalańskich ścieżkach trwała głównie bezpardonowa batalia o utrzymanie prestiżu słynnych producentów. Na tegorocznej Sześciodniówce niewiele miał do powiedzenia ten, kto, poza oczywiście świetnymi zawodnikami i wytrzymałymi motocyklami, nie dysponował całą armią tzw. „osób towarzyszących”. Konkurencja marek powoduje szereg ujemnych zjawisk. a m. in. powstanie instytucji „krasnoludków”. Tak, bowiem nieoficjalnie nazywa się oso-by towarzyszące zawodników na trasie i niosące im w razie potrzeby, niestety niedozwoloną pomoc, w razie uszkodzenia motocykla. Łatwo ich rozpoznać, bo wyruszają wzwyczaj tuż przed rajdowcami na wyczynowych motocyklach, a kieszenie mają wypchane częściami. Niektórzy jeżdżą nawet z niewielkimi plecakami. Niełatwo ich jednak złapać na gorącym uczynku niedozwolonej pomocy; robią to nadzwyczaj sprytnie. A ponieważ sędziowie to z reguły poważni panowie. Którym dawno jut wywietrzała z głowy jazda na motocyklach za zawodnikami, urzędują, więc zazwyczaj w zaciszu biur rajdowych, obliczając skrupulatnie wyniki dostarczone im przez umyślnych z punktów kontroli czasu i prób specjalnych? Wynikom tym trudno nie wierzyć, nawet, jeśli ich uzyskanie nastąpiło z pomocą niedozwolonych metod, jeśli nikt tego nie po trafi udowodnić. Dlatego też w tym roku zauważyliśmy intensywniejszą działalność… Kontrwywiadowczych grup różnych marek, którymi kilka przodujących w klasyfikacji zespołów dysponowało na trasie. A wyglądało to tak: za zawodnikiem, który liczył się w punktacji ruszał jegry „krasnoludek-asekurant”, a za nim podążał z kolei kontrwywiadowca z ekipy konkurentów. Zadaniem tego ostatniego było przeszkadzać swą obecnością owemu „krasnoludkowi”. Bywały ponoć przypadki, te „kontrwywiadowcy” dostarczali na posiedzenia jury fotograficzne dowody niedozwolonej działalności „krasnoludków” z konkurencyjnej ekipy. Były to niewątpliwie przypadki odosobnione. Zdarzało się jednak, — choć możliwości nasze były ograniczone, że sami wykryliśmy kilka faktów niedozwolonej pomocy To nie jest dobre zjawisko i władze sportowe powinny wypowiedzieć temu bardziej zdecydowaną walkę, Tak jak się to już robi z dopingiem w sporcie.

Bo jeśli się na to zgadzamy to wygrywać będą nie ci, którzy mają bystrych zawodników i maszyny, lecz ci, którzy mają lepiej działającą sieć krasnoludków”. Na szczęście jeszcze nie jest tak źle, aby dyskwalifikować wyniki, ale zjawiska są na tyle wyraźne, że budzą niepokój. I jeszcze jedna sprawa.

Przez pierwsze dni rajdu kilka ekip, którym bardziej niż innym zależało na wygraniu, dysponowały gęstą siecią własnej łączności. Długie anteny nadajników wysyłały w góry polecenia, dotyczące pomocy, temu czy innemu zawodnikowi, który znalazł się w opalach. Pozwalały też sterować zdalnie taktyką. To łatwo było wykryć, a że nie ulega wątpliwości, iż takie działania należało uznać, jako obcą pomoc, więc w połowie rajdu zniknęły gdzieś z trasy samochody z nienaturalnie długimi antenami: jury nakazało milczenie w eterze, jeśli chodzi o radiostacje ekip rajdowych. Ale do milczenia całkowitego nie doszło: prywatne meldunki o sytuacji na trasie nadal docierały do zradiofonizowanych „krasnoludków”, tyle tylko, że przekazywane były z głębokości okolicznych lasów. Nie chcielibyśmy być źle zrozumiani. Wszystko, co powiedziano wyżej nie obniża wartości ostatecznego wyniku Sześciodniówki, gdyż w sumie wygrywają jednak lepsi. MZ-ki to z pewnością świetne motocykle i fabryka ta dysponuje wybornymi zawodnikami. To sarno powiedzieć można o Jawach i ich kierowcach. Zaimponowali nam tez Austriacy z ich Puchami. Nie sprawili nam też większej niespodzianki nasi: motocykle SHL, i WSK odstawały od innych na tyle, na ile się spodziewaliśmy, choć zawodnicy wykazali naprawdę dużo ambicji i hartu. Rzecz jednak w tym, że do walki o punkty w takiej imprezie jak Sześciodniówka wprowadza się teraz taką mnogość obcych sportowi elementów, że czas już najwyższy, aby ktoś się obudził i gromkim głosem krzyknął: To już przestaje być sportem: Nie sposób teraz dojść, kto zaczął wypaczanie tej pięknej w założeniach imprezy.

Polski Związek Motorowy sam nie wiele będzie mógł zrobić, ale jednak należałoby zastanowić się nad tym jak od komercjalizować Sześciodniówkę, jak doprowadzić stosunek sportowych i handlowo-reklamowych jej walorów do właściwych proporcji. Wydaje się, że na marginesie Sześciodniówki trzeba to wyraźnie powiedzieć.

Pozostaje jeszcze problem:, co zrobić żeby nasze motocykle i nasi zawodnicy zaczęli się znowu liczyć w sporcie, w którym kiedyś od czasu do czasu mieliśmy coś do powiedzenia. Ale to już jest oddzielne, niełatwe zagadnienie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wpisz kod *