Osa czy Docent

Kiedy, dokładnie rzecz biorąc, poznałem Mirosława Malca? Nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć. Wiem, że stykałem się z nim, jako sprawozdawca podczas imprez motocyklowych, zwłaszcza zaś kolejnych Rajdów Tatrzańskich i Sześciodniówek. Miał wtedy opinię zarówno trudnego zawodnika, jak i rozmówcy, więc nie paliłem się do bliższego poznania. Pamiętam natomiast, że zaryzykowałem podczas Międzynarodowej Sześciodniówki FIM w Llandrindod Wells w 1961 roku. Zresztą zmuszała do tego sytuacja: w konkurencji zostały tylko dwa skutery, przy czym Mirek jechał znakomicie na swojej Osie i jako jedyny z polskiej ekipy miał jeszcze szanse zdobycia złotego medalu, podczas gdy zawodnik na Lambrettcie ledwie się toczył, inkasując mnóstwo punktów karnych za spóźnienia na każdy PKC. Obsługiwałem wtedy z dyr. Jabłońskim jeden z Punktów Kontroli Czasu. Malec przyjechał do nas kilkanaście minut przed czasem, spokojnie, więc oczyścił z błota swój pojazd, dokonał najniezbędniejszych czynności obsługowych, my nalaliśmy do baku paliwa i jeszcze pozostało kilka minut do momentu odbicia karty na PKC. Mirek przykucnął przy swojej Osie i z uwagą zaczął się jej przyglądać. Po chwili podszedłem do niego i zapytałem:

—Czyżby coś było nie w porządku?

Odpowiedzi nie otrzymałem, tak jakby moje pytanie w ogóle nie doszło do zawodnika, spróbowałem, więc jeszcze raz:

—Obawia się pan, że na trasie może coś ulec awarii?

Znowu nic, jakbym mówił do kamienia. Potrzebowałem jednak choćby kilku słów dla swej gazety od najlepszego aktualnie motocyklisty zespołu polskiego. Ponowiłem próby, ale nic z tego nie wyszło. Po chwili doszedł do nas głos dyr. Jabłońskiego: „Zostało jeszcze pół minuty”. Malca jakby ukąsiła osa taka prawdziwa nie jego skuter. Poderwał się, szybko założył okulary ochronne, ujął za kierownicę swój pojazd, uruchomił silnik i pojechał do strefy oczekiwania.10599268_839852932748756_6054918352141599473_n

Wywiadu nie miałem, ale całą scenę dość złośliwie opisałem w sprawozdaniu do gazety. Później Mirek przypomniał mi o tym, mówiąc z pretensją:, „Co to, czy ze wodnik nie ma prawa skoncentrować się przed następnym odcinkiem? Czy zawsze trzeba być na usługi dziennikarzy?”

Początek naszej znajomości nie był, więc obiecujący, ale później przekonałem się, że jest to sympatyczny człowiek i mogę powiedzieć, że się zaprzyjaźniliśmy, co Mirek niewątpliwie potwierdzi.

Bliżej poznałem „Docenta” już później, kiedy zajął się trenowaniem młodszych od siebie. Kiedyś siedzieliśmy na mecie etapu, podczas kolejnej Sześciodniówki, było to bodajże w Povazskiej Bystricy, czekając na przyjazd zawodników. Mirek był nastrojony wspomnieniowo. I wtedy zapytałem go jak i kiedy zetknął się ze sportem motorowym.

—Było to podczas okupacji — zaczął swoją opowieść. Mieszkaliśmy w Warszawie na Boernerowie. Przez okno widziałem jak Niemcy zrobili motocross dla motocykli z wózkami. Ustawili bramki i na bezdrożach, piaskach, dziurach i łąkach między Bemowem a Kołem rozgrywali swoje zawody. Kiedy się zwinęli i odjechali skrzyknęliśmy się z chłopakami, w lasku ustawiliśmy bramki, kto miał swój rower to jechał na nim, a kto nie — to pożyczył i tak rozegraliśmy nasz cross rowerowy. Mój ojciec był szwoleżerem,. Więc chyba jednak „miałem w sobie zamiłowanie do sportu, gdyż albo oglądałem zawody, albo słuchałem jak się w domu mówiło o hippice. Później uczęszczałem do Liceum Samochodowego przy ul. Hożej i tam na dobre zetknąłem się z motoryzacją, która wtedy już porządnie mnie pociągała. A w liceum spotkałem kolegę, Jurka Marciniaka, który co prawda chodził o klasę wyżej, ale był już wtedy zawodnikiem. Jurek był synem znanego działacza motocyklowego Tomasza, czyli Maksa.Mirosław Malec Osa.jpg 5

To właśnie Jurek Marciniak namówił mnie abym poszedł na ulicę Sienną, do klubu Ligi Przyjaciół Żołnierza, gdzie należało wielu znanych zawodników. Tam przez półtora roku czyściłem motocykle tym sławom, aż wreszcie zrozumieli, że jestem nieuleczalny i się nie odczepię. Dali mi, więc w worku sporo żelastwa, mówiąc: „Masz zrób sobie motocykl”. Prawdę mówiąc było to zadanie niewykonalne, gdyż brakowało, co najmniej połowy części. Wygrzebałem, więc je ze złomu, częściowo kupiłem i w drugi dzień Bożego Narodzenia postanowiłem pojechać do klubu. Niestety, był śnieg i ślisko, na Towarowej przewróciłem się pod ciężarówkę. Kierowca był złośliwcem, gdyż widząc, że mnie nic nie grozi, nie zatrzymał się i przejechał tylnymi kołami po motocyklu, który oczywiście nie nadawał się nawet do odbudowy. Wsadziłem wraka do dorożki i odtransportowałem do klubu.

Po raz pierwszy wystartowałem w zawodach na klubowej SHL-ce. Było to w 1952 lub 53 roku w Sokołowie Podlaskim. Taka uniwersalna impreza: trochę rajd, trochę cross. Poszło mi zupełnie dobrze i to była zachęta do następnych startów. Później przeniosłem się do sekcji motorowej CWKS Legia, a po jej rozwiązaniu jeździłem w barwach Stołecznego Klubu Motorowego, gdzie zakończyłem karierę zawodniczą. Po skończeniu szkoły, od 1953 roku pracowałem w Warszawskiej Fabryce Motocykli. Chciałem od razu trafić do działu sportowego, ale zanim to się udało musiałem przejść przez wszystkie działy WFM.

Znamy, więc krótki życiorys sportowy Mirosława Malca. Chciałbym jednak dokładnie wyjaśnić dwa słowa z tytułu tej historyjki. Dlaczego więc „Osa” i dlaczego „Docent”? O tę Osę spytałem Mirka niedawno, przygotowując materiały do tej książki. Oto, co powiedział:

Osy były skuterami, produkowanymi w WFM. Jak zapewne pamiętasz, przeżywaliśmy okres ogromnej popularności tego typu pojazdu, zwłaszcza w Europie. Pomysł startu na Osie “wynikł po prostu z żartu. W dziale sportowym WFM budowaliśmy prototypy motocykli sportowych. Podczas jednej z przerw, kiedy toczyła się swobodna rozmowa ktoś zapytał:, co by było, gdyby tak spróbować przejechać trasę rajdu skuterem?” Już nie pamiętam, kto rzucił taki pomysł. W dziale rej wodzili wtedy tacy doświadczeni zawodnicy i technicy jak Stanisław Brun, Jerzy Jankowski, Zbigniew Kulczyński, a my, to znaczy Ferdynand Kubski, Józef Rewerelli i ja byliśmy chłopakami do jazdy, wypróbowania tego, co tamci wymyślili. Startowałem wtedy na motocyklach, ale, nurtowała mnie ta myśl o jeździe na Osie. W końcu zapadła decyzja i pojechałem skuterem na Rajd Tatrzański. Nie, za tym pierwszym razem nie udało się — nie ukończyłem imprezy, ale jazda była obiecująca. Postanowiono w fabryce usportowić Osę. Mieliśmy mnóstwo problemów, przede wszystkim z ogumieniem, które początkowo musieliśmy „produkować” we własnym zakresie. Jednakże skutery stały się szalenie modne, a regulamin FIM, czyli Międzynarodowej Federacji Motocyklowej był dla nich korzystny, gdyż skuter o pojemności silnika 250 mógł startować z motocyklami w klasie 125. Prawdę mówiąc modernizacja naszej Osy poszła tak daleko, że w końcu był to motocykl, obudowany jak skuter.

W rezultacie zrobiła się sensacja. Na motocyklach jeździłem dobrze, a i teraz potrafiłem przeprowadzić skuter nawet przez trudny teren i kamienie. Na skuterze nie miałem żadnych poważnych wypadków, zresztą na motocyklach także nie. Dwukrotnie w najważniejszej na świecie rajdowej imprezie motocyklowej — Sześciodniówce, wywalczyłem jadąc Osą złote medale: w Llandrindod Wells i w Bad Aussee, jako jedyny z Polaków. Z innych narodowości złote medale uzyskało wtedy tylko 17 motocyklistów. Z kolei trzeba odpowiedzieć i na następne pytanie; dlaczego „Docent”?

—Sam przecież wiesz, że to po prostu przezwisko, jakby pseudo. Wymyślił to ktoś z zawodników czy działaczy, nie wiem dokładnie. W każdym razie wyszło to z tego, że kiedy kończyłem karierę zawodniczą, zresztą udziałem w Sześciodniówce w Camerino w 1974 roku, pracowałem już wtedy w Polskim Związku Motorowym, w dziale sportu Zarządu Głównego. Zacząłem się wtedy zastanawiać czy nie byłoby dobrze ukończyć studiów wyższych? Pomysł był może i dobry, ale przeszkody wydawały się nie do pokonania. Trzeba było przede wszystkim zwalczyć stereotypowy sposób rozumowania niektórych naukowców warszawskiej Akademii Wychowania Fizycznego. Nie wyrażali początkowo zgody na przyjęcie, gdyż specjalizacja w sporcie motocyklowym trafiła się im po raz pierwszy i była tak nietypowa, że nie mogli sobie wyobrazić jak ja to mam studiować. Sprawę rozstrzygnął na moją korzyść, jak zwykle zresztą na korzyść słabszego, rektor prof. Tadeusz Ulatowski, który powiedział wprost: „Motocykle?

A czemu nie motocykle? Tam też potrzebą ludzi z wykształceniem akademickim”. Zostałem, więc przyjęty, zresztą pomógł mi w pokonaniu przeszkód również przewodniczący GKSM Krzysztof Brun. Później, już w czasie studiów, bardzo pomogła mi pani doktor Zofia Żukowska oraz promotor pracy magisterskiej Henryk Sozański. Zresztą pracę pisałem o teorii sportu. Rozpocząłem te studia w 1973, a zakończyłem w 1977 roku. Kiedy obroniłem pracę i uzyskałem dyplom ktoś powiedział, że jestem już „docentem?. I tak pozostało do dziś.

Czy sylwetka znanego sportowca motocyklowego, który nie miał wypadków byłaby pełna, gdybyśmy się nie dowiedzieli, jaki dramatyczny moment z kariery zawodniczej najbardziej utkwił mu w pamięci?

—Było to podczas Sześciodniówki w Bad Aussee, ostatniego dnia, kiedy po krótkim etapie miała się odbyć końcowa próba prędkości. Na trasie znajdowało się strome wzniesienie. Po wjechaniu na szczyt okazało się, że brak jest znaków pokazujących trasę, a z wierzchołka prowadzi kilka dróg. Przedtem jeden z Czechosłowaków powiedział mi, że trzeba się na tym odcinku spieszyć, gdyż jest bardzo „ciasny”, czyli mało czasu dano na jego przejechanie. Na szczycie byli ludzie z innych zespołów i nie chcieli pokazać drogi, pojechałem, więc zamiast w pierwszą w prawo — prosto. Po chwili okazało się, że tu drogi nie było, trzeba, więc wracać. Ba, ale kiedy chcę obrócić skuter, po pochyłości zsuwa się tył, gdy trzymam tył — zsuwa się po zboczu przód. Ludzie nie chcą pomóc. Jestem zrozpaczony, gdy nagle widzę, że na samym dole jedzie zawodnik. Ucieszyłem się, gdyż zrozumiałem, że trasa biegnie wokół wzgórza. Postanowiłem dostać się tam na przełaj. Zacząłem sprowadzać Osę w dół, ale nagle przekoziołkowała i tak zaczęła fikołkami toczyć się w dół. Ja za nią, zbierając to, co odpadło od motocykla. Wreszcie Osa zatrzymała się, dobiegłem do niej, wyglądała okropnie, ale nie było czasu na rozważania. Właśnie obok przemknął zawodnik z numerem około 100, a ja miałem 70, więc byłem strasznie spóźniony. Trasa wiodła z góry, więc zacząłem gonić jak oszalały. Myślałem, że moja biedna Osa lada chwila rozleci się na kawałki. Wpadłem na metę i podałem kartę sędziemu. Gdy ten odbijał czas wskazówka przeskoczyła na następną minutę. Zdążyłem dosłownie na ostatnią sekundę. Z tego napięcia nerwowego i emocji pociemniało mi nagle w oczach i zupełnie regularnie zemdlałem.

Ta moja przygoda pokrzyżowała nam też inne plany. Otóż, była to do ostatniego etapu dość łatwa Sześciodniówka i chcieliśmy skompromitować motocykle. Jechały, bowiem do końca trzy Osy, ale te dwie pozostałe miały już spóźnienia i nie pretendowały do złotego medalu. Z dyrektorem WFM Wacławem Laskowskim umówiliśmy się, że na ostatnią metę kierowcy Os wjadą w kaskach, ale w białych koszulkach, czysto umyci. Dyrektor czekał na każdego przed metą z kubkiem wody do umycia zawodnika i motocykla. Ja im pomieszałem szyki, gdyż na mnie się nie doczekali, a skuter wyglądał jak kupa złomu”.

Obserwowałem Mirosława Malca najpierw, jako zawodnika, następnie zaś, jako trenera, prowadzącego motocyklistów do tytułów rajdowych mistrzostw Europy i podczas Sześciodniówek. Początkowo przeżywał te wszystkie imprezy bardziej niż gdyby sam w nich startował. Przez cały czas trwania każdego etapu uganiał się na swojej Jawie dowożąc części zamienne, ogumienie lub udzielając, nie zawsze dozwolonej regulaminem, pomocy. Ale jeżeli takiej pomocy udzielają inni… Z obiegiem czasu kierowanie zespołem stało się czynnością rutynową, choć nie bez wielkiego osobistego zaangażowania.

Podczas Six Days w Siegen (RFN) w 1979 roku Mirek poprosił mnie o pomoc. Nie uczynił Jednak tego, wprost, lecz zastosował podstęp. Spytał mnie czy nie chciałbym zobaczyć próby crossowej rozgrywanej na zakończenie etapu, niedaleko, gdyż około 2 kilometrów od bazy im pręży. Okazało się, że mieliśmy tam jechać jego rajdową Jawą, która nie miała ani dość długiej kanapy, ani podnóżków dla pasażera. Wsiadłem za Mirkiem „po damsku na siodło, machając przydługimi nogami w powietrzu chwyciłem kierowcę wpół i zapytałem czy mam zamknąć oczy. Odpowiedział śmiejąc się, że i tak nic nie zobaczę gdyż polecimy jak burza. Oczywiście jechał ostrożnie i bardzo pewnie, ale bez komfortu gdyż droga wiodła przez wertepy. Nie zgubił mnie jednak, a gdy już obejrzeliśmy próbę crossową z miną niewiniątka podał mi kluczyki do swego samochodu, mówiąc: „Odprowadź Ładę do bazy, przecież wiesz, że nie mogę jednocześnie prowadzić samochodu i motocykla, a wóz nie może tu nocować”, po czym wskoczył na Jawę i pognał na przełaj, a ja te niby dwa kilometry musiałem się wlec ponad godzinę, w dodatku okrężną drogą. Nie mogłem nawet złożyć zażalenia, gdyż z pewnością odpowiedziałby mi:, „Co to, pan redaktor nie jest zadowolony, że mógł luksusowo dostać się na próbę crossową i oglądać ją z bezpośredniej bliskości?” I co gorsza miał rację.

Mirosław Malec startował, oprócz innych imprez, w dwunastu Międzynarodowych Sześciodniówkach FIM, które wreszcie zostały podniesione do rangi oficjalnych, drużynowych mistrzostw świata niezawodności, czyli „Enduro”. Od 1913 roku, kiedy Six Days rozegrano po raz pierwszy w angielskiej miejscowości Carlisle, do Povazskiej Bystricy, kiedy w 1982 roku odbyły się one po raz 57, Sześciodniówka, podobnie jak rajdy szosowo-terenowe, przeszła wiele przeobrażeń. Otóż, z tych dwunastu Sześciodniówek Mirosław Malec przywiózł 9 medali złotych, 2 srebrne i 1 brązowy. Startował 3 razy na Osie, WFM, Zundappie, CZ, Jawie i fabrycznej MZ. Ten też motocykl uważa za najlepszy spośród tych, na których dane mu było jeździć. Zaczął w 1956 roku w Garmisch Partenkirchen, a zakończył w 1974 roku we włoskiej miejscowości Camerino. Nie we wszystkich w tym okresie startował. Przyczyny były różne, a najczęściej, jak sam mówi: „Było się zawodnikiem kontrowersyjnym”. Myślę, że jednak, czego, jak czego, ale miłości do sportu motocyklowego ani wtedy, ani dziś nikt docentowi nie może odmówić.

Fragment opowieści pana Wacława Korycki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wpisz kod *