Mistrzostwa Polski Kielce 1985-Jarosław Ozdoba

Wreszcie słońce! A poza tym – wertepy, błoto i motocykle, czyli ostatni rajd sezonu 1985. Dla ludzi pamiętających co nieco tamte, teraz już zamierzchłe, czasy niniejszy materiał może stanowić pewną dawkę nostalgii, a dla młodzieży aktualnie parającej się rajdami Enduro będzie to coś w rodzaju przystępnego wykładu z prehistorii. Wszak akcja toczyć się będzie ćwierć wieku temu – kto to pamięta!… Rok 1985 zapisał się, nie tylko w kronikach polskiego Enduro, jako raczej deszczowy i zimny. Nawet lato było pod zdechłym Azorkiem… Ale – niechaj żywi nie tracą nadziei! Jak to pisał przed laty dla Budki Suflera Adam Sikorski: ” A po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój „.

We wspomnianym sezonie przeprowadzono w serialu Mistrzostw Polski sześć rajdów, czyli dwanaście eliminacji. Z tego pięć imprez odbyło się przy fatalnej pogodzie, gdzie permanentnie lało, wiało, dawało czadu zimnem, a podczas inauguracji sezonu w Bocheńcu ( był to Puchar Pokoju i Przyjaźni ) pojawiło się nawet gradobicie. Taki to był sezon! Chlubnym wyjątkiem od tej deszczowo – zimnej reguły był ostatni rajd tego uroczo zimnego sezonu sezonu zorganizowany w terminie 14 – 15 września 1985 roku z bazą w Chęcinach. Początkowo planowano przeprowadzić ostatnią imprezę w Podgórkach koło Jeleniej Góry. Okazało się jednak, że po zorganizowanych w początku czerwca w tamtych okolicach Mistrzostwach Europy w rajdach Enduro miejscowi organizatorzy, czyli wrocławska Sparta i Automobilklub Karkonoski nie widzą możliwości organizacji kolejnego rajdu. W tej sytuacji w trybie z lekka awaryjnym rękawicę podjęła Sekcja Motorowa MKS Korona Kielce. Trasę, pod czujnym okiem trenera kadry Mirosława Malca, opracowali pospołu Józef Futakiewicz i Zbigniew Banasik. Próbę szybkości terenowej, czyli coś w rodzaju połączenia dzisiejszych Cross Testów i Enduro Testów ulokowaną na terenie byłego kamieniołomu Wietrznia skompilowali Andrzej Stopa i Stanisław Stachurski. Jak zwykle w organizacji rajdu pomogli Koronie ludzie zakochani po czubek włosów i głowy w sporcie motorowym z Kieleckiego Klubu Motorowego i Automobilklubu Kieleckiego. Co prawda w tamtych czasach o sponsoringu głośno nie mawiano, ale imprezie pomocy materialnej nie poskąpiły czołowe kieleckie zakłady przemysłowe, czyli FSS SHL, FŁT Iskra i Chemar. Zawodnicy i pasjonaci tego sportu, tudzież kibice, których tu nie brakuje, z jednego mogli być od razu zadowoleni – od tygodnia przed zawodami i przez cały rajd było słonecznie i ciepło. Co prawda na odcinkach leśnych i polnych drogach dominowało błoto i kałuże, ale przynajmniej za kołnierz się nie lało. Bazą zawodów był zajazd w Chęcinach, będący obecnie na powrót klasztorem franciszkanów. Ostatni rajd sezonu 1985 był imprezą, gdzie ważyły się losy tytułów w poszczególnych klasach, a także skład polskiej reprezentacji w kategorii World Trophy na 60 Sześciodniówkę Motocyklową w hiszpańskim Alp. Było zatem o co walczyć, a już sam ten fakt gwarantował ciekawe emocje, a do tego dołączała wymagająca trasa i ciekawa, a zarazem widowiskowa próba na Wietrzni. Należało się pokazać! Trasa rajdu prowadziła przez nader malownicze tereny Kielecczyzny ( może ktoś się skusi, aby po latach na powrót wykorzystać fragmenty tamtych tras? ) ze startem w Chęcinach. Potem dookoła wzgórza zamkowego, lasem z muldami i korzeniami trasa prowadziła w kierunku Korzecka. Stamtąd przez kamieniołom w Zelejowej, górę Bukową, słynną groblę w Szewcach – na Słowik. Tamże ostry zjazd po korzeniach w rynnie pełnej mokrych liści z góry Patrol. Potem przejazd dwoma przepustami o nader wilgotnym podłożu i atak na górę ” Kolejową „, która aż do lat dziewięćdziesiątych była żelaznym punktem kieleckich rajdów, a wielu podczas jej pokonywania miewało myśli typu: ” co ja tutaj robię? „. Sympatycznych wrażeń niczym ze szkoły przetrwania, a także przepraw przez zwalone pnie drzew, pokonywania wykrotów, błotnych kałuż ( to akurat nic nowego na trasie ) i kamienisto – grząskiego podłoża dostarczał urywający nieomalże ręce przejazd przez Pasmo Posłowickie. Swego rodzaju odpoczynkiem była, będąca z dzisiejszego punktu widzenia zbędną niczym sanki w żniwa, asfaltowa próba przyspieszenia, rozgrywana na ówczesnej Alei Lenina ( ! ). A potem, po przejeździe szutrowymi uliczkami czekała zawodników próba szybkości terenowej na terenie kamieniołomu Wietrznia. Rajd z września 1985 roku był swoistą próbą generalną nowego toru motocrossowego zlokalizowanego na Wietrzni właśnie. Było na co popatrzeć! Wietrznia ma twarde, kamieniste podłoże, do tego jako byłe wyrobisko oferowała dużą różnicę poziomów, a także sztuczne i naturalne przeszkody, plus agrafki, a także mocarne zjazdy i podjazdy nie wybaczające błędów. Jak wspomniałem wcześniej pogoda wówczas dopisała, więc na Wietrzni był wysyp publiczności, liczącej na oko ładnych kilka tysięcy dusz, nie baczącej na to, że słoneczko grzało ( niektórych grzało także piwo i tanie wina, więc nic dziwnego, że po przejeździe kawalkady zawodników bywali tacy, którzy lansowali hasło: ” leżę w plenerze ” ), mocno się kurzyło i było głośno. Ale rasowemu kibicowi Enduro w to graj! Po to przecież kibicki i kibice, czasem niestety także i ” kibole „, oblegają próby rajdów Enduro. Z Wietrzni rajdowcy przez górę Telegraf z pokonywaniem stromego stoku, a potem ostrego zjazdu i wizytą w borowinie nieopodal lecznicy w Dyminach, poprzez Posłowice omijając czynne wyrobisko w Woli
Murowanej podążali w kierunku Chęcin. Po drodze czekały ich wądoły i kamieniste szlaki, a także pełne błota, kałuż, korzeni, pieńków i kamieni leśne ścieżki. I tak trzy razy każdego dnia po około osiemdziesiąt kilometrów w jednym kółku. Jak to było w modzie w tamtych czasach w niedzielę jechano w kierunku odwrotnym do soboty. Z tym, że próbę terenową pokonywano w tym samym kierunku. Odpowiednio skorygowano jedynie dojazd i wyjazd z próby. Młodzież startująca w klasach motocyklowych pokonywała taki sam dystans korzystając z wydłużonych czasów przejazdu. Bohaterscy młodzicy jadący na Simsonach S51 Enduro w sobotę walczyli przez dwa okrążenia, w niedzielę poprzestając na jednym kółku trasy. Z czterdziestu startujących Simsoniarzy do mety dotarła niemal połowa, co świadczy o sporej determinacji ówczesnych herosów klasy pięćdziesiąt i o harcie ducha rajdowej młodzieży. Gwoli ścisłości należy dodać, że w tej klasie zwyciężył późniejszy żużlowiec Zbigniew Lech ze Sparty Wrocław. Nie pierwszy to przypadek, gdy gwiazdy speedwaya zaczynały od Enduro. Zapytajcie o taki epizod choćby Tomasza Golloba. Ciekawie działo się w klasach motocyklowych. Pewnym pretendentem w klasie 175, której popylano wówczas crossowymi CZ 125 przystosowanymi do rajdowych wymogów był Piotr Jarczyński z kieleckiej Korony, późniejszy Mistrz Polski w tej klasie. I owszem, zawodnik Korony wygrał niedzielną eliminację. Ale podczas sobotnich zmagań popsuł mu szyki Paweł Wójcikowski z Kieleckiego Klubu Motorowego, który ukończył ( nareszcie! ) pierwszy rajd w tym sezonie i od razu… wygrał dzień! Tak zwane – niezłe jaja! W klasie powyżej 175 Jacek Czachor i Piotr Kasperek okazali się Wielkimi Przegranymi. W sobotę zdystansował ich Piotr Zieliński z Korony, a w niedzielę pulę zgarnął crossowiec z Grodkowa Joachim Wieczorek. Emocje sięgały zenitu w klasie 250, gdzie brylowali kadrowicze Mirosława Malca. W pierwszym dniu, choć wychodził ze skóry, aby wygrać na własnym terenie ( był wtedy asem Kieleckiego Klubu Motorowego ) Ryszard Augustyn został zmuszony uznać wyższość Stanisława Olszewskiego i ” Ganca „, czyli Ryszarda Gancewskiego. Drugiego dnia po kolizji z… ciągnikiem rolniczym w okolicach Korzecka Ryszard Augustyn musiał, niestety, zadowolić się dalszą lokatą. Czasem jednak tak nieszczególnie bywa, że zadziała Siła Wyższa. Sporo ciekawego działo się wówczas w najcięższej klasie powyżej 250. O ile sobota bezapelacyjnie należała do Zbigniewa Banasika z Korony, to banalny ” kapeć ” zepchnął go na trzecie miejsce drugiego dnia rywalizacji w pięćsetkach. Być może zwycięstwo w niedzielę w najcięższej kategorii przypieczętowało powołanie Krzysztofa Serwina ze świdnickiej Avii do zespołu World Trophy. Tak, czy inaczej zawody w Chęcinach należały do kielczan, którzy przyklepali swój prymat w krajowych rajdach szosowo-terenowych ( tak wtedy nazywano Enduro ). W podsumowaniu sezonu motocykliści Korony zostali drużynowymi Mistrzami Polski. Konkurenci z lokalnego podwórka, czyli wyczynowcy z Kieleckiego Klubu Motorowego zadowolili się tytułem wicemistrzowskim. Ekipie bielskiego BKM pozostało trzecie miejsce w rozgrywkach klubowych, ale w następnym sezonie rozgromili całą krajową konkurencję – o tym będzie mowa przy innej okazji. To co przeżyli na trasie ówczesnego chęcińskiego rajdu zawodnicy dosiadający Simsonów, CZ 125 i Jaw Enduro różnych pojemności zapewne na długo pozostało w ich pamięci. Wszystkie te kamienie, korzenie, wykroty… I to wszystko na teleskopach PAL, kto na tym jeździł na pewno zrozumie odwagę niegdysiejszych herosów polskiego Enduro. Ale w końcu Ziemia Kielecka z tego słynie, że preferuje wszelkie warunki dostępne dla wszystkich chętnych do rywalizacji w rajdach Enduro. Więc nie dziwota, że i wtedy nie zabrakło elementów mogących ubarwić zmagania rajdowców, nawet przy słonecznej pogodzie jaka panowała w połowie września 1985 roku.
Po rajdzie w Chęcinach jasna stała się obsada tytułów Mistrzów Polski w poszczególnych klasach. Do takich szczęśliwców należeli: Piotr Jarczyński w klasie 175, Piotr Kasperek w klasie powyżej 175, Ryszard Augustyn rozdawał karty w klasie 250, a w pięćsetkach królował Zbigniew Banasik. Ryszard Augustyn, choć miał w miarę bezpieczną przewagę nad rywalami do tytułu, to przeżył na chęcińskim rajdzie dość nerwowe chwile, które mogły zniwelować dystans konkurentów. W niedzielę na ciasnym czasowo leśnym odcinku jechał tak szybko na ile pozwalały możliwości rajdowej Jawy 250. Nagle zza zakrętu wyłonił się ciągnik rolniczy nieomalże tarasując przejazd. Teraz nastąpiła chwila, gdy motocyklista z Oleśnicy ( tej koło Buska-Zdroju ) w ułamku sekundy dokonał analizy sytuacji. O hamowaniu, nawet awaryjnym, nie było mowy, po prostu zabrakło czasu. Pozostało gwałtownie skręcić w prawo, gdyż po tej stronie była wąska luka, dająca jakąś szansę na ominięcie przeszkody. Niestety, tak do końca ten manewr nie wyszedł. Jawa Ryszarda Augustyna jednak spotkała się z Ursusem, a on sam po rozstaniu z motocyklem poleciał w pobliskie krzaki. Szczęściem nie było w nich sporego kamienia, czy pieńka. Cały incydent zakończył się drobnymi stłuczeniami i niewielkimi, Bogu dzięki, uszkodzeniami motocykla ( zbity reflektor i skrzywiona kierownica ). Po odpowiednim potraktowaniu, na szczęście słownie – kultura musi być! – niefrasobliwego traktorzysty zawodnik Kieleckiego Klubu Motorowego pognał do mety, którą osiągnął z minutowym opóźnieniem. Ponieważ konkurenci jechali na ” zero „, więc ta nieszczęsna karna minuta zepchnęła Ryszarda Augustyna na dalsze miejsce w tabeli wyników. Ale – co tam! Ukończył niełatwy rajd, a tytuł mistrza kraju znalazł się w jego rękach. Po zawodach kadrowicze Mirosława Malca, zwanego ” Kojakiem ” lub ” Docentem ” usłyszeli nominacje do zespołu World Trophy na hiszpańską edycję Sześciodniówki Motocyklowej. Polskę w 1985 roku reprezentowali: Ryszard Augustyn, Ryszard Gancewski, Zbigniew Kłujszo, Stanisław Olszewski, Zbigniew Przybyła i Krzysztof Serwin. Dobrym Duchem i ” krasnoludkiem ” polskiej ekipy został Zbigniew Banasik. Niezbyt nam wtedy wyszła ta Six Days, ale to już temat na nieco inne opowiadanie… Ludziom słabo pamiętającym tamte czasy nieco egzotyczny może wydawać się ówczesny sposób transportowania zawodników i sprzętu na poszczególne imprezy. Powszechne dzisiaj busy i campery były zjawiskiem całkowicie nieznanym. Klubowe motocykle i motorowery, bo prywatnymi nikt nie startował, przewożono na rajd i z powrotem na pakach ciężarówek, czyli Jelczy, Starów, czy Roburów. Zawodnicy podróżowali na zawody we wnętrzach Nys ( można tu było mówić o jakimś a la komforcie ) i Żuków towosów. Obsługa PKC-ów korzystała najczęściej z prywatnych, lub użyczonych przez instytucje państwowe samochodów osobowych lub dostawczych. Ponieważ benzyna podlegała wówczas reglamentacji, więc odpowiednie agendy PZMotu wydawały specjalne talony upoważniające do zakupu dodatkowego paliwa na potrzeby obsługi danego rajdu. Dziś brzmi to nieco dziwnie, ale – niestety! – tak było… Podczas już mniej oficjalnego zakończenia zawodów w Chęcinach wylewnie gratulowano świeżo upieczonym Mistrzom Polski tytułów. Ze względu na swoje pogodne usposobienie, szczególnie wiele serdeczności odbierał Zbigniew Banasik. Co wcale nie znaczy, że pozostali nasi mistrzowie byli ponurakami. Boże broń! ” Biniola ” przy tak zwanym ” strzemiennym na odjazd ” zagadnął filar gdańskich Budowlanych Ryszard Gancewski: ” Ty Zbyszek to jesteś gość! Trasę zrobiłeś jak trzeba, pogoda chyba na zamówienie, masz tytuł w pięćsetkach. Tylko powiedz mi k…a jakim cudem złapałeś dzisiaj tego kapcia? „ Zbigniew Banasik uzupełniając naczynia odrzekł zgodnie ze swoim zwyczajem nader pogodnie i swobodnie: „ Gancu, przecież ty jechałeś przede mną. Kto wie, czy to nie twoja sprawka. Kupiłeś w GS-ie w Chęcinach pół kilo gwoździ i rozsypałeś toto w lesie „. Nie trzeba chyba dodawać, że wszyscy obecni przy tej wymianie zdań roześmieli się serdecznie. „

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wpisz kod *