Historia świdnickiej sekcji motocyklowej Mistrz świata i polski – Maciej Niedzwiecki 2000

W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych nie było w kraju równych motocyklistom Avii Świdnik. Wygrywali indywidualnie i drużynowo we wszystkich możliwych klasyfikacjach. Także początek lat osiemdziesiątych nie był pozbawiony sukcesów. Wielokrotnym mistrzem Polski, a także wicemistrzem świata był świdniczanin Krzysztof Serwin.

Proszę opowiedzieć o początkach swojej kariery, jak Pan trafił do sportu motorowego?

Zaczęło się od zakupu przez ojca starego motocykla rajdowego mojemu bratu Jerzemu, który jeździł już w Avii, ja dostałem go potem w spadku.. Byłem wtedy w szkole podstawowej. Dzisiaj młodemu zawodnikowi trzeba dać wszystko, ja byłem dla siebie sam mechanikiem. Nie będąc jeszcze w klubie umiałem pracować przy motocyklu. Potrafiłem pojechać do Lublina po część, wymienić ją i wieczorem już trenowałem.

Kiedy trafił Pan do Avii?

Dość późno, bo dopiero w roku .1973, czyli w wieku 17 lat.. Nie było wówczas zorganizowanego szkolenia młodzieży, trzeba było. wy kazać sporo własnego uporu. Aż dwa lata trwało załatwianie dla mnie licencji zawodniczej, to były po prostu inne czasy.

A pierwsze zawody?

To był Rajd Tatrzański w 1975 roku, jeden z ostatnich rajdów według starych, trudnych przepisów, jechało się w określonym czasie z punktami kontrolnymi, żeby jak najprościej to. wytłumaczyć. Był to jeden z najcięższych polskich rajdów. Dostałem nagrodę dla najmłodszego uczestnika zawodów, który je ukończył

Foto: przy motocyklu WSK w kasku Krzysztof Serwin – pije oranżadę, z lewej strony chłopiec z ciemnymi długimi włosami to Grzegorz Doroba


Od jakiej specjalności Pan zaczynał?

Od trialu, czyli mówiąc inaczej rajdów obserwowanych. Już w roku 1977 byłem w kadrze narodowej, dostałem od PZM Yamachę 250, a rok później Bultaco 350. Byłem już wtedy najlepszy w Świdniku – a były to jeszcze dobre lata klubu  i czwarty w Polsce. Przede mną byli Błachut, Komorowski i Chlebda z Krakowa. W roku 1977 zacząłem zajmować się motocrossem, początkowo traktowałem to jako uzupełnienie treningu do enduro, w 1976 zostałem kierowcą fabrycznym WSK. Pierwszy tytuł mistrza Polski zdobyłem w 1977 na puchu 125, pomagał mi wtedy Jan Szczerbakiewicz. W kolejnym roku wygrałem eliminacje mistrzostw Polski, a w klasyfikacji generalnej zająłem trzecie miejsce w klasie 250. Dzięki temu zwycięstwu zostałem powołany do kadry na mistrzostwa świata, czyli Sześciodniówkę, w której zająłem siedemnaste miejsce, najlepsze z Polaków. W sumie zdobyłem piętnaście medali mistrzostw Polski w trialu, enduro i motocrossie.

Co zapamiętał Pan z udziału w słynnej Sześciodniówce FIM?

W sumie uczestniczyłem w dziewięciu, w roku 1978 w Szwecji, 1979 w Niemczech, 1980 we Francji, w 1981 we Włoszech, w 1982 w Czechach, w 1983 w Walii, w 1984 w Holandii, w 1985 w Hiszpanii i ostatni raz u nas w Polsce w roku 1987. Wszystkie ukończyłem, co uważam za duży sukces, bo były to zawody niezwykle trudne. Oprócz skomplikowanych zadań na trasie trzeba było samemu robić wszystko przy motocyklu. Pomoc osób trzecich dozwolona była tylko przy tankowaniu paliwa i pompowaniu powietrza do kół, sama zamiana należała już do zawodnika.

Najlepsze miejsce w Sześciodniówce?

W 1984 w Holandii zdobyliśmy wicemistrzostwo świata, jechaliśmy w składzie.: Ryszard Augustyn, Zbigniew Banasik, Zbigniew Kłujszo, Ryszard Gancewski i Zbigniew Przybyła.

W plebiscytowej dziesiątce Kuriera Lubelskiego był Pan tylko raz w roku 1981, pomimo że później były jeszcze wartościowsze rezultaty. Dlaczego?

W 1981 roku byłem mistrzem Polski W 250 cm w enduro, jedenasty w mistrzostwach świata i. siódmy w mistrzostwach krajów socjalistycznych. W’ .1983 zdobyłem tytuł mistrza Polski w klasie 500 w motocrossie i w enduro, o tytule wicemistrza świata w 1984 już wspominaliśmy. Zawodnik sam się nie zgłasza do plebiscytu, muszą to uczynić działacze klubowi, trenerzy, kibice. Ja w Avii jeździłem później praktycznie sam

Dlaczego zrezygnował Pan z występów w enduro, a przerzucił się właściwie tylko na motocross?

Jeździłem na jawie, nie miałem szans z zawodnikami startującymi na kawasaki czy innych mocniejszych maszynach, a zmienić firmy nie można było. Albo na takim, albo na żadnym, takie były czasy. Dzisiaj jest to tylko kwestia pieniędzy, jeśli ktoś je ma, to może jeździć na czym chce. Wtedy to była także polityka. Dlatego zdecydowałem się na motocross.

Czy był wtedy motocross na Lubelszczyźnie?

Niestety nie, musiałem przenieść się do innego klubu, wybrałem jeden z czołowych w kraju, Budowlanych Gdańsk. Rywalizowałem z najlepszymi, m.in. z Austriakiem Kinigadnerem, doskonałym motocrossowcem świata i z wieloma innymi znakomitościami.

Kontuzje?

Miałem ich kilka, im zawodnik lepiej przygotowany tym mniej narażony na urazy. Kiedyś’ po upadku uszkodziłem kolano, zamiast zrezygnować z dalszej jazdy, dojechałem do mety i ukończyłem zawody,później pozostała już tylko operacja. Cóż, decydowały młodość i ambicja.

Co Pan robił po zakończeniu kariery?

Skończyłem się ścigać w 1988 roku. Trener, kadry, któremu sporo zawdzięczam Mirosław Malec, odchodził na stanowisko do PZM mnie zaproponował jako swojego następcę. Prowadziłem kadrę przez dwa lata, za moich czasów Andrzej Tomiczek zdobył drugie miejsce w enduro w klasie 80 cm. Powinien wygrać, podejrzewam Włochów o sabotaż, poczuli się mocno zagrożeni, musieli mu coś Wsypać do silnika, bo motor naglę padł. Udzielam się także jako działacz- sportowy zostałem wybrany do Głównej Komisji Sportu Motocyklowego. W 1997 roku założyłem w Świdniku klub Champion, na razie Startują w nim dzieci w konkurencji i cyklotrial. Mamy spore, osiągnięcia, jesteśmy klubowymi wicemistrzami Polski, mój syn Karol zdobył trzeci tytuł mistrza kraju, w mistrzostwach świata był czwarty, także mistrzem kraju jest Kamil Joć, tytuły wicemistrzów mają Tomasz Jusiak i drugi mój syn Remigiusz.

Czy trzeci, najmłodszy syn też szykuje się na zawodnika?

Jak najbardziej, Igor ma siedem lat, ale w kategorii do 10 jest piąty w Polsce. Praca z młodymi daje mi sporo satysfakcji. Sport w mojej rodzinie jest życiową pasją, wszystko ustawiamy pod tym kątem,jeśli ktoś chce być mistrzem świata musi o tym myśleć codziennie. Poza tym stwarza się młodym ludziom pewne możliwości wyboru, zamiast zajmować się różnymi głupotami niech rywalizują i starają się wygrywać, niech mają .motywację. Jestem przekonany, że już . niedługo wrócimy do plebiscytowej dziesiątki Kuriera

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wpisz kod *