Ganc w kraju Inków 1990 – Andrzej Martynkin

O tegorocznym, czwartym już motocyklowym Rajdzie Inków, poza informacją, że wystartuje w nim Ryszard Gancewski i że trasa wynosi aż 7000 km, od Oceanu Spokojnego do Atlantyku, wszerz przez Amerykę Płd., w środkach masowego przekazu nie było prawie żadnych informacji. Kontrast z codziennymi serwisami sprzed roku, gdy Gancewski i Zbigniew Przybyła, debiutanci w motocyklowym maratonie, byli jednymi z bohaterów imprezy. W Rzymie, centrali firmy ACERBIS ADVENTURE, własności Franco Acerbisa, głównego sponsora Rajdu Inków, zabrakło pani Moniki, która towarzyszyła rajdowi, pozostałe pracownice firmy widać nie bardzo interesowały się nim, bowiem w żaden sposób nie. można było od nich dowiedzieć się, jak przebiega, a przede wszystkim, czy Polak jedzie, no i jak jedzie. Po tygodniu wreszcie wiadomość, że zaczął dobrze, od trzeciego miejsca w pierwszym etapie, ale na drugim stracił prawie 7 min., miał wypadek. A potem aż do mety 24 sierpnia na słynnej Copacabanie w Rio ani słowa, oprócz tego, że zajmuje siódme miejsce. Jedynym więc źródłem informacji jest sam Ganc. Wylądował w Warszawie z siedmiogodzinnym opóźnieniem w stosunku do podanego przez organizatorów czasu przylotu.

Zmęczony, ale jak zawsze chętny do rozmowy. A opowiadać o swoich przeżyciach z motocyklem potrafi jak rzadko kto. Mimo później pory i czekającej go jeszcze drogi do Ostródy, relacjonuje, dzień po dniu, zdarzenia dwutygodniowego rajdu.

Już mi przeszła złość, ale jak miałem się nie denerwować, gdy zwycięstwo-było tak blisko, a ja im wyżej nad poziomem morza, im dłużej w drodze, tym lepiej się czułem. Tylko pech sprawił że zająłem 4 miejsce odliczając straty, jakie poniosłem na skutek defektów, wygrałbym z przewagą 10 minut – zaczyna opowieść.

Ale i innym też przydarzały się różne przygody z motocyklem, więc chyba nie można tak stawiać sprawy – przerywam prowokująco.

Oczywiście. To jest wkalkulowane. Skoro jednak złapanie jednej głupiej gumy powoduje cały splot wydarzeń zupełnie nie przewidzianych, można się wkurzyć.

No to zaczynamy od początku. Od wylądowania i odebrania motocykli. Rok temu obaj z Przybyłą narzekaliście, że były stare, przechodzone, trzeba było przy nich się napracować.

Tym razem były nowe, ale model 89. Tak jak przed rokiem KTM 350. Firma austriacka, wykupiona ostatnio przez Włochów, dlatego Acerbis mógł je niektórym uczestnikom wypożyczać na imprezę.

I KTM odniósł swój największy sukces. Motocykle dojechały na czterech pierwszych miejscach, szóstym, ósmym i dziesiątym!

Przepraszam, że przerywam, ale dla porównania, czy tegoroczny Rajd luków był dużo trudniejszy nie tylko przez swoją długość?

Był o wiele szybszy. Jeden z odcinków specjalnych w Brazylii dł. 58 km jechałem 28 min. I to po mocno dziurawej drodze. Łatwo obliczyć przeciętną. Podczas takiej gonitwy bardzo szybko następuje zmęczenie psychiczne, jest się bardzo skoncentrowanym, żeby nie zrobić błędu, bo to się może bardzo źle skończyć.

No to teraz zamieniam sic w słuch. Startujemy.

9.08. Ica – Ica, dł. 190 km, 141 km odcinek specjalny.

Etap klasyfikacyjny. Od zajętego miejsca zależy kolejność startu następnego dnia. Potem każdego dnia już według zajętych miejsc w poprzednim. Mkniemy po pustyni, trzeba uważać, żadnego punktu orientacyjnego. Ci, którzy uczestniczyli w Paryż-Dakar mówili, że to to samo. Dojeżdżam trzeci, tracę tylko 58 sek. Najszybszy Austriak Heinz Kinigadner, były mistrz świata w motocrossie. Wyprzedził zwycięzcę II Rajdu Inków, Włocha Waltera Suriniego o… I sekundę!

10.08. Ica – Puquio, 306 km, 116 km odcinek specjalny.

Coraz wyżej. Bardzo kręta kiepska droga. Po kilku ostrych hamowaniach stwierdzam to, co miałem podczas mistrzostw świata enduro w Kielcach: znika tylny hamulec. Posługuję się tylko przednim, wydłużona droga hamowania, tracę czas.Przegrywam o 6 min. 50 sek., zajmuję 12 miejsce. Najgorsze spanie w całym rajdzie. Ponad 80 osób w jednej hali, do przykrycia koce i owcze skóry. Kto był pierwszy, ten zrobił sobie lepsze legowisko. Ponad 3000ra n.p.m., zimno.

11.08. Puquio – Cuzco, 518 km, 195 km OS.

W ostatniej eh wili OS odwołany. Napad na samochód serwisowy. Atakujący zabrali… jedzenie. Jedziemy dla bezpieczeństwa w grupie. Szkoda, bo,mogłem coś ze straty odrobić.

12.08. Cuzco. Dzień przerwy.

W zeszłym roku przejeżdżałem przez tę dawną stolicę Inków, potem była tu meta rajdu.

13.08. Cuzco – Quincemil, 288 km, 156 km OS.

W ubiegłym roku w Quincemil czekałem ponad dwie doby na jakąkolwiek pomoc; Wcześniej złapałem gumę, pchałem motocykl, zupełnie zdeformowałem koło, gdy dotarłem do serwisu, już odjechał. Niestety, i tym razem ta miejscowość okazała się dla mnie pechowa. Bardzo szybko doszedłem startującego o 1 min. przede mną Francuza Thierry Magnaldiego, zamierzałem go wyprzedzać, gdy poczułem, że tył się wozi Guma. Przekląłem, przypominając sobie zeszły rok. Złapać wysoko w górach gwoździk centymetrowy to naprawdę wielka sztuka. Skąd tam się znalazł? Szybko zmieniam dętkę, biorę za butlę sprężonego powietrza, odkręcam wentyl i… pęka przewód. Znów klnę. A to odcinek wyścigowy, nikt nie pomoże, nie zatrzyma się, każdy walczy z czasem. Zakładam przebitą gumę, jadę na kapciu. Zjeżdżam z góry, widzę,że ktoś leży pod motocyklem, nie rusza się. Mija aż 10 min., zanim jestem przy wypadku. Algierczyk. Twarz zmasakrowana, nieprzytomny, połamany. Zaczynam cucić. Żyje. Ciarki mnie przechodzą, gdy muszę siadać na motocykl. Zjeżdżam niżej, zawiadamiam lekarza. Doganiam serwis Fabio Fasoli. Włoch prowadzi. Czy mnie, rywalowi, dadzą koło? Dają. Ale nie pasuje… zębatka. Muszę przekładać. Tracę 39 min. 55 sek. Dojeżdżam na 21 miejscu.Śpimy w jakimś schronisku. Właściciel, gdy się dowiedział, że jest Polak, przychodzi i mówi, że zbudował schronisko… Kalinowski.

14.08. Quincemil – Puerto Maldonaldo, 258 km, 156 km OS.

Najwięcej wypadków: Stromo, kamienisto. Zjazd w dół. Połamał się m.in. Surini. Przyjeżdżam trzeci.

15.08. Puerto Maldonaldo – Rio Branco, 583 km, 106 km OS.

Nie dojechały samochody serwisowe, OS odwołany. Jestem zły, bo znów nic nie nadrobię. Jakiś potok, to granica peruwiańsko brazylijska. Jeszcze tylko wypad po benzynę do… Boliwii i wjeżdżamy w Amazonię. Dopiero po 100 km kontrola graniczna. Zostawiamy paszporty, otrzymamy je za dwa dni.

16.08. Rio Branco – Porto Velho, 501 km, 58 km OS.

Ten tak szybki, o którym wspominałem. Jestem trzeci.

17.08. Porto Velho – Vilhena, 765 km, 126 km OS.

Droga szutrowa, kilka wypadków, wiciu pobłądziło. Drugie miejsce. Wygrywa Fabrizio Meoni.

18.08. Vilhena – Cuiaba, 741,5 km.

Bez odcinka specjalnego. Kolejna okazja do poprawy pozycji zmarnowana 65 km, trzeci. Najważniejsze, że zyskuję cenne minuty.

24.08. Angra do Ries – Rio de Janeiro, 250 km, 30 km motocross.

Jedzie mi się znakomicie. Wyprzedzam rywali. Na mecie… najlepszy czas. Wygrywam! Nareszcie polski akcent. W generalnej klasyfikacji jestem czwarty. W Rio jak podczas karnawału. Śpiewy, tańce, fajerwerki. Wraz z motocyklem kąpię się w Atlantyku. Zrelacjonował pan wszystkie etapy w taki sposób, jakby to była tylko czasami trudniejsza przejażdżka. Każdy miał swoją dramaturgię. Ktoś odpadał. Jechaliśmy w kurzu, zimnie, upale i zlani potem w wilgotnym klimacie Amazonii. Niektórym w górach brakło tchu. Co do mnie, to w ogóle nie odczuwałem wysokości. Szkoda, że straciłem aż 56 min. W sporcie trzeba mieć i trochę szczęścia. Tego mi właśnie brak. Przekonałem się, że maratony to konkurencja dla mnie. Procentują lata startów, doświadczenie. Może za rok będzie lepiej. Mówiło się, że być może V Rajd Inków rozpocznie się w Boliwii. Peru to biedny kraj. Nieporównanie lepsze warunki pobytu mieliśmy w Brazylii.

Tyle godzin w drodze. Trzeba coś jeść, pić. Jak to jest rozwiązane w takim rajdzie?

W zeszłym roku podpatrzyłem, jak Angelo Signorelli, przypomnę, zwycięzca rajdu, woził za pazucha plastikową butelkę i popijał, zastosowałem ten „patent”. Prosty, ale użyteczny. Ci, którzy mają własne serwisy, nie muszą się kłopotać o jedzenie. Dostają kanapki, owoce. Tacy jak ja otrzymywali pieniądze, ale nikt nic nie kupował, bo szkoda czasu. Jak się wyruszy ze startu, to właściwie jest się zdanym tylko na własne siły. Dopiero na mecie można pojeść.

Na najdłuższym, ponad 1000 km, etapie był czas, przy autostradzie sklepy i kafejki i można było coś przegryźć.

Czy można taki szmat drogi przejechać bez defektu motocykla?

Można. Pierwsza trójka nie miała żadnego. Dlatego mówię, że gdyby nie strata 56 min., byłbym przed nimi o 10 min.

Czy KTM są tak dobrymi motocyklami, lepszymi od „Japończyków”; Hondy, Suzuki, Kawasaki?

Na trasie, kiedy raz za razem trzeba hamować i przyspieszać, dwusuw jest lepszy od czterosuwu. Lepiej wchodzi na obroty, jest szybszy. KTM dostarczył motocykle seryjne, nie wyżyłowane, o mniejszej mocy, lecz większej przez to trwałości. Mój silnik zatarł się prawdopodobnie dlatego, że już kończyło się paliwo, następowało zbyt słabe smarowanie. Gdyby wystarczyła go na jeszcze kilometr, byłbym trzeci.

Czołowe lokaty na etapach i miejsca na podium w „generalce” nagradzane są „zielonymi”. Ile ich pan przywiózł?

Na razie ani jednego. Wypłata ma nastąpić podczas Sześciodniówki w Vasteras. Już od poniedziałku znów światowa czołówka będzie ze sobą wałczyć. Szwedzi szykują imprezę znacznie cięższą niż ubiegłoroczna w RFN

Tym lepiej dla pana i polskiego zespołu.

Właśnie.

Wyniki IV Rajdu Inków

1.Fabrizio Meoni, Wiechy, KTM 350, 12:22,05 godz.

2.Kevin Hines, USA, KTM 350,12:31,48 godz,

3.Jan Hrehor, CSRF, XTM 350,12:50,55 godz.

4.Ryszard Gancewski, Polska, KTM 350,13:04,00 godz.

5.Thierry Magnaldi, Francja, Yamaha TT, 13:08,25 godz,

6.Heinz Kinigadner, Austria, KTM 350,13:11,36 godz,

7.Enzo Manenti, Wiochy, Honda XR8,13:18,27 godz.

8.Bil Barroth, USA, KTM 350,13:18,34 godz.

9.Angelo Signorelli, Włochy, Yamaha TT6,14:18,22 godz,

10.Toshi Nishiyama, Japonia, KTM 350,14:21,05 godz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wpisz kod *