Enduro Męska Sprawa 1991 – Leszek Jaźwiecki

Sporty motocyklowe wyłączając z nich żużel nie cieszą się w naszym kraju taką popularnością jak we Włoszech, Szwecji czy u naszych południowych sąsiadów. Od czasu do czasu jednak polscy motocykliści odnoszą na światowych trasach sukcesy Przed laty w rajdach enduro świetnie radził sobie Stanisław Olszewski, zdobywając nawet tytuły mistrza Starego Kontynentu. Kontynuatorem jego wspaniałych osiągnięć jest Andrzej Tomiczek 23-letni cieszynian po rozegraniu 16 eliminacji został w tym roku wicemistrzem świata w rajdach enduro.

Andrzej od najmłodszych lat przejawiał „ciągotki” do motocykla, choć swą sportową przygodę rozpoczynał od kolarstwa. Na wcześniejsze starty na motocyklu nie wyrażali zgody rodzice, bojąc się o kości wątłego syna. Rower dla Andrzeja był namiastką tego, o czym marzył. W 1983 roku w Cieszynie zorganizowano zawody motocyklowe, których główną nagrodą był motorower Simson. Będący w ósmej klasie chłopak postanowił spróbować

swoich sił. W gronie rywali, którzy ścigali się już na „prawdziwych” klubowych motocyklach, spisał się bardzo dobrze. Jadąc na motorynce zgarnąłby główną „pulę”, gdyby nie upadek. Ten epizod przekonał jednak rodziców, którzy wyrazili ku uciesze piętnastoletniego Andrzeja zgodę na starty w klubie. Postawili jednak warunek przygoda z motocyklem trwać może tylko na okres wakacji.

W Cieszyńskim Klubie Motorowym dostał starego Simsona i mógł stanąć obok Miroslava Hanaczka, Gorgonia czy Waligóry. Pierwsze próby wypadły nie najgorzej,, z czasem było coraz lepiej. Starsi koledzy z CKM patrzyli na utalentowanego młokosa z uznaniem, dopowiadając że to duży talent, który nie może się zmarnować. Pod koniec wakacji, kiedy Andrzej liczył na prolongatę umowy z rodzicami nastąpił nieprzewidziany zwrot. Upadek na torze podczas treningu j w konsekwencji złamany obojczyk okazał się szlabanem dla dalszych jego startów. Po dwóch miesiącach zdjęto gips i Andrzej ukradkiem, w konspiracji przed rodzicami, powrócił na motocrossowy tor. Więcej wyrozumiałości dla pasji syna okazał ojciec — Wiktor Tomiczek. Wiedząc, że klubowa CZ rozlatuje się, w tajemnicy przed żoną pojechał do Niemiec i kupił synowi za 4900 marek nowy motocykl suzuki. Startując na tym motocyklu . Andrzej już po roku awansował do kadry. Po pierwszych zawodach, startując na tej maszynie nie mógł wstać z łóżka. Potężna, ciężka maszyna mocno poobijała zawodnika, którego nadal nie nożna przyrównywać do Schwarzeneggera. Powoli „oswajał” się jednak z nowym nabytkiem i z zawodów na zawody poczynał sobie coraz lepiej.

Sześciodniówka. Impreza, którą wszyscy fachowcy uważają za nie oficjalne mistrzostwa świata. Przez sześć dni zawodnicy mają do przejechania piekielnie trudną trasę, walcząc ze zmienną pogodą, defektami motocykli itp. W gronie kilkudziesięciu, więcej lub mniej znanych zawodników, debiutował w tej imprezie w roku 1987 Andrzej Tomiczek. Dla 19-latka była to duża odpowiedzialność, zwłaszcza, że zawody rozgrywane były w Polsce, w Jeleniej Górze. Wystartował w zespole klubowym i pojechał bardzo dobrze. Zajął w końcowej klasyfikacji dwudzieste drugie miejsce, choć mogło być lepiej, gdyby nie problemy z motocyklem w czwartym dniu. To przekonało go do startów w rajdach enduro. Próbowano zatrzymać Tomiczka w Cieszynie, namawiając do startów w motocrossie, lecz on. widział swoją szansę właśnie w rajdach. W sześciodniówce wystartował jeszcze trzy razy. Teraz sposobi się do kolejnej, w Czecho-Słowacji.

Andrzej Tomiczek nie zalicza siebie do pechowców, choć jak to określa, nie ma wielkiego fartu. W ubiegłym roku już w pierwszej eliminacji nawalił mu motocykl i kilkumiesięczne przygotowania wzięły w łeb. Dwa lata temu w hiszpańskich Pirenejach przeżył przygodę, którą teraz opowiada z uśmiechem, choć wtedy przeżył chwile grozy i wcale nie było mu do śmiechu. W pierwszym dniu zawodów dopisała pogoda i trasa wydawała się łatwa Jechało się dobrze. W drugim dniu warunki zmieniły się diametralnie po rannej ulewie. Wystartował jako pierwszy, jechał w nieznane. Na pełnym gazie próbował sforsować rzekę. Silny prąd porwał zawodnika wraz z motorem. Na szczęście w pobliżu był wystający głaz. Z trudem dobrnął do niego, uczepił się rękoma, nogami zaś trzymał motocykl, który chciała porwać silna fala. Po chwili jadący za nim Włoch Fusatto, przeżył taką samą przygodę. Trzymając się z trudem skały ostrzegli pozostałych uczestników zawodów. Jadący za nimi motocykliści dostrzegli pechowców i w porę wyhamowali. W zamian zorganizowali pomoc. Trwało jednak ponad godzinę, zanim motocykliści znaleźli się bezpiecznie na brzegu. Wyciągnięto także motocykle, ale kilkadziesiąt minut w wodzie zrobiło swoje. Oblepione mułem i zalane wodą, stały się bezużytecznym złomem. Organizatorzy przerwali wyścig i eliminacje zakończono. Od tej pory unika wody, a widząc rzekę zamyka gaz. Uprzedzenie pozostało.

Tegoroczne starty Tomiczka w eliminacjach mistrzostw świata pochłonęły 400 min. To ogromna suma, ale składa się na nią zakup trzech nowych motocykli, przejazdy na imprezy, diety. Te ostatnie ograniczono do minimum. Zawodnicy na wyjazdach muszą sobie radzić sami. Nauczyli się być samowystarczalni, choć to dodatkowe obciążenie. Andrzej polubił jednak to, zżył

się z motocyklową rodziną. Mimo rywalizacji zawodnicy pomagają sobie wzajemnie nie tylko w parkingu czy przy gotowaniu posiłków, ale także na trasie.

Sporo wydatków poszło także na sprzęt. Nowy motocykl kosztuje w granicach 7 tys. marek. Za ubiór, który zużywa się w jednym sezonie, a nawet po kilku wyścigach, trzeba zadacie nie mniej niż 1500 marek. Do tego dochodzi benzyna, opony, dodatkowe oprzyrządowanie.

Po nieudanym ubiegłorocznym sezonie, w którym Tomiczka prześladowały kontuzje i defekty, wreszcie przełamał złą passę. Po pierwszej tegorocznej eliminacji w Hiszpanii zajmował w swojej klasie 80 cm trzecią lokatę. Nie utrzymał jej jednak w następnych zawodach we Francji. Deszcz i kłopoty z motocyklem sprawiły, że spadł na dalsze miejsca w generalnej klasyfikacji. Odrobił te straty w kolejnych zawodach w Finlandii, Szwecji i we Włoszech. Kto wie, może Tomiczek wywalczyłby nawet złoty krążek, gdyby nie pechowy start w San Marino. Na treningu przejechał trasę bez opóźnień i nic nie zapowiadało tragedii. Na półtora odcinka przed końcem wyścigu w pierwszym dniu silnik w jego motocyklu odmówił posłuszeństwa i nie dojechał do mety. Automatycznie drugiego dnia nie mógł wystartować, grzebiąc tym samym swoją szansę na mistrzowski tytuł.

Zdobyty tytuł cieszy, ale kosztuje też Tomiczka sporo wyrzeczeń. Nie ma czasu na telewizor, dyskotekę, kino czy spotkania towarzyskie. Po zawodach „wpada” do domu, oddaje brudne rzeczy do prania mamie, a sam zaszywa się w garażu przygotowując motocykl do następnej imprezy. Rozbiera go do ostatniej śrubki. Myje, czyści i składa na powrót. Wie, że jeśli sam wszystko sprawdzi, ewentualną awarię szybko można „zlokalizować” i usunąć.

Rodzice pogodzili się z pasją syna. Są dumni z jego osiągnięć. Widać to szczególnie po twarzy ojca, który pomaga mu jak może w garażu czy na zawodach. Przed laty sam próbował sił na motocyklu, a od prawie trzydziestu lat jest taksówkarzem. Przełamała się także matka Maria Tomiczkowa. Najbardziej jednak cieszy się, kiedy Andrzej wraca do domu cały i zdrowy. Ich wyrozumiałość Andrzej odwzajemnił sukcesem, o którym głośno mówi się nie tylko w Cieszynie.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wpisz kod *